piątek, 31 stycznia 2014

Szafszawan

Stef od początku chciał tu przyjechać. Słynne, niebieskie miasteczko w górach Rif było celem emigracji wielu żydów sefardyjskich. Medyna jest wciąż otoczona murami spoza których roztacza się niesamowity widok na położone w dolinie miasto.
Kelnerzy z knajpek przy głównym placu i okoliczna młodzież oferują nam rosnące bujnie w tych górach zioło.
"Good price!" Rzeczywiście, 8 złotych za gram to dobra cena. Niestety, nie korzystamy z okazji.
Niestety, bo sami nie rozumiemy jak, dajemy się namówić na o wiele większy i w ogóle nieplanowany zakup. Dywany (tak, liczba mnoga!) sprzedał nam słynny (także z przewodników) Abdul. Najpierw poczęstował nas herbatą i pokazał trzy grube zeszyty pełne wpisów turystów z całego świata. Każdy wychwalał marketingowe umiejętności właściciela sklepu.
Na dalszy ciąg spuszczamy zasłonę milczenia. Trochę nam głupio, że tak się daliśmy. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że towar jest rzeczywiście dobrej jakości. No i tańszy niż w Ikei. No i jak kupować dywan, to tylko w Maroku, nie?
No cóż, nie śmiejcie się z nas tak bardzo.
A może chcecie kupić dywan? Good price, my friend!
PS. Na zdjęciu inny sprzedawca, z Fezu, któremu się oparliśmy

wtorek, 28 stycznia 2014

Fez mniej turystycznie

Po podliczeniu, ile wydaliśmy kasy dzień wcześniej stwierdzamy, że dziś chodzimy mniej utartymi szlakami.
Jemy śniadanie z policjantami w mikroknajpce. Właściciel ma w ofercie wielki gar zupy z cziecierzycy. Za 5 dh/os mamy michę zupy z przyprawami i chleb. jemy na średnio czystym, jedynym stoliczku przykrytym ceratą. Potem jeszcze kawa i ciastko i ruszamy w stronę dworca autobusowego. Kupujemy bilety na północ, ale nie chce nam się wracać do zatłoczonej medyny. Idziemy wzdłuż murów elegancką 6-pasmówką.
Po chwili wdrapujemy się na pozostałości po jakiejś twierdzy. Mimo tego, że dookoła schną śmierdzące skóry, nie żałujemy. Że wzgórza rozciąga się piękny widok na stare miasto.
Dokładnie o 12.41 z kilkuset minaretów rozbrzmiewa wezwanie do modlitwy. Pierwszy raz słyszymy to tak wyraźnie.
Wracamy przez stary cmentarz po drodze mijając przywiązane do kamieni osły. Po południu pewnie zabiorą do miasta wyschnięte skóry.
Wchodzimy do dzielnicy andaluzyjskiej - to też część medyny, ale mniej turystyczna. W okolicach souku (targu) zaczynamy podążać za znakami do galerii Dar Balmira. Krążymy po coraz węższych i bardziej krętych uliczkach. Już mamy się poddać, gdy trafiamy przed drzwi z informacją napisaną bezbłędną angielszczyzną. Otwiera nam Jearld, urodzony w Stanach Kanadyjczyk. Kupił sobie ten piękny dom na zadupiu feskiej medyny za równowartość, jak sam mówi, 1/3 garażu w Kanadzie. Odnowił go, a na dachu urządził ptaszarnię. Hoduje papugi i tutejsze rośliny, opiekuje się sokołami, robi świetne zdjęcia jeżdżąc swoim skuterem po całym kraju. No i ma kota.
Dopiero po powrocie do pensjonatu, kiedy wchodzimy na stronę Jearlda, dowiadujemy się, że swego czasu był topowym działaczem LGBT na Uniwersytecie w Toronto i gościem z megaciekawą historią. Żałujemy, że nasze spotkanie było takie krótkie. Obiad jemy na souku. Wreszcie coś innego niż tadżin. Ja objadam się pysznymi kotlecikami ziemniaczanymi, chlebem z oliwkami i bakłażanem. Stef zachwycony swoją bułką z mięsem.
W hotelu doceniamy nasz zakup dnia. Dzięki grzałce za 20dh ogrzewamy się herbatą i możemy zasnąć.

Fez

W paru starszych miastach bylam: Ateny, Marsylia, Biskupin. Ale niczego, co do tj pory widzialam, nie da sie porownac z Fezem. Medyna powstala w VIII wieku i mniej wiecej od tego czasu uklad ponad 9400 ulic i struktura zawodowa mieszkancow pozostaly niezmienione. 
(Jest tez tzw. nowy Fez, zalozony w XIV wieku. Ok, jest jeszcze XX-wieczna Ville Nouvelle, ale tam nie bylismy)
Jedna z glownych atrakcji turystycznych sa tu garbarnie. Tuz nad rzeka moczy sie, farbuje i suszy codziennie setki, tysiaceskor owczych, wielbladzich i niewiadomojakich. Za pare dirchamow zaprowadzil nas tam maly chlopiec. Z tarasu jednego ze sklepow ze skorzanymi torbami rozciagal sie widok na kolorowe balie. Dostalismy peczek miety do podtykania pod nos. Od razu przypominiala mi sie ksiazka "Pachnidlo", ktora czytalam w podstawowce nie majac pojecia, ze sredniowieczy swiat przedstawiony ujrze kiedys na wlasne oczy (i nos).



Ale nie trafilibysmy tam gdyby nie miejscowy pomocnik. To wlasnie przed nimi przestrzegaja przewodniki. Jest to troche irytujace gdy wyczuwajac twoja niepewnosc zaczynaja z toba isc oczekujac zaplaty. Ale tego pierwszego dnia uratowalo nam to tylki. Nie mielismy pojecia, ze czesc bram w medynie jest zamykana na noc. Prosta droga do pensjonatu stala sie 45-minutowym spacerem przez klebowisko ulic, ktorego nie oddala zadna z trzech map, w ktore bylismy wyposazeni. Nie trafilibysmy bez pomocy chlopaka, do ktorego nie mielismy z poczatku zaufania. Moze chce nas okrasc w ktoryms z dziesiatek ciemnych zaulkow? Rashid smial sie z nas mowiac, ze nie jest z zadnej mafii i nic nam sie nie stanie.



Byl jeszcze Mohammed, podobno syn gospodarzy synagogi , ktory przez 2 godziny oprowadzal nas po starej zydowskiej dzielnicy (mellah). Slady mazel-tov w drzwiach budynkow, polaczone symbole szczescia - podkowa i "dlon Fatimy", zydowski cmentarz. Fascynujacy spacer, troche zepsulo zakonczenie, kiedy zaprowadzil nas do sklepu berberyjskiego probujac wymusic kupno torby, albo chociaz pufy. Tym razem jednak nie uleglismy.


Wieczor skonczylismy w Cafe Clock, knajpie pelnej australijskich turystow oraz miejscowych, gdzie akurat odbywal sie koncert. Swietnie bylo ogladac 60 tanczacych bawiacych sie osob bez grama alkoholu.

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Oko na Maroko

Na przygotowanie tej wyprawy mielismy ponad miesiac. Ale zrobilismy to w tydzien. Mialam problem z wyborem ciuchow. Bo moze padac, bo moze byc zero stopni w nocy. Moze tez byc 15. A na poludniu 25. A plecak nie moze przeciez byc zbyt ciezki.
2 mapy, 2 przewodniki. 2 spiwory i karimaty. 24 dni (az? tylko?) zeby zobaczyc gory, morze i pustynie. Wodospady, rzymskie ruiny, wioski berberyjskie. No i koniecznie Casablance. Bo film byl.
Po uwaznej lekturze podstawowych informacji dla turystow oczywiscie wiemy, ze musimy byc asertywni, pewni siebie. Musimy sie targowac.  Gleboko o tym przekonani wychodzimy z budynku lotniska w Fezie. I juz pojawiaja sie pierwsze watpliwosci. Autobus mial byc, ale go nie ma. Pan taksowkarz zawiezie do miasta za 30 dirhamow od osoby. (Jesli oprcz nas znajda sie jeszcze 2). Stefan naciskam zeby jechac. Jest ciemno, coraz bardziej pusto. Moze nie ma sensu klocic sie o te pare groszy. Czekamy jako jedyni turysci. Po chwili uspokaja nas kumkanie zab i... narastajacy spiew muezzinow.



Po kilkunastu minutach miejscowi, ktorzy czekali z nami, zapraszaja nas do taksowki.
Na dworcu kolejowym przesiadami sie do nastepnej. Grand Taxis - biale mercedesy sa dalekobiezne. Po centrum jezdza jedynie czerwone Dacie i Fiaty - Petit Taxis - pewnie poruszajcac sie miedzy przepisami a wlasna logika.
Dojezdzamy do hotelu. Mamy pokoj z lazienka (ciepla woda!!!), a na dole jest wifi. Wlasciciel/manager prowadzi nas na kolacje. To pewnie taki deal z restauracja - ci co przyprowadzaja klientow maja potem swoj udzial. Jemy zestaw "turystyczny standard". Stefan harire (zupa) i tadzin (mieso, warzywa, wszystko co zmiesci sie do charakterystycznego naczynia), ja wege kuskus i pyszny chleb z pasta baklazanowa. Kelner stawia przy nas piecyk gazowy. Na zewnatrz jest jakies 13 stopni. Ogrzewanie nalezy tu do rzadkosci.
Na koniec probujemy herbaty mietowej - plywa w niej mnostwo lisci, a slodzi sie ja przynajmniej 3 lyzeczkami cukru. Pychota!



Wracamy, internet jednak nie dziala. Nie mozemy zameldowac sie na fejsie, wiec piszemy tradycyjny esemes do mamy. Niecierpliwi wrazen nadchodzacych dni, idziemy spac.