niedziela, 2 marca 2014
czwartek, 20 lutego 2014
Maroko - kilka subiektywnych porad praktycznych
Na pełną fotorelację przyjdzie jeszcze poczekać parę dni, tymczasem...
Jeśli po lekturze naszego bloga macie ochotę na podróż do Maroka, to poniższa garść informacji może okazać się przydatna.
Spanie
Najwięcej płaciliśmy 10 euro za osobonoc, często było taniej, ale poniżej 5 nigdy nie zeszliśmy. Warunki do uzyskania w tym przedziale cenowym: spoko łóżko i koce (ważne, bo to mimo wszystko zima), łazienka w pokoju lub na korytarzu lub brak. No i jedną wtyczka na pokój, więc trzeba decydować, co ma słabszą baterię: aparat czy telefon.
Woda z reguły ciepła pod prysznicem, ale jeśli ktoś lubi brak grzyba, wentylację i ogólne poczucie czystości to musi przeznaczyć na spanie co najmniej dwa razy więcej. Ogrzewania nigdy nie było, warto mieć swój śpiwór, zwłaszcza jeśli chce się nocować poza dużymi miastami.
Czasem udało się znaleźć coś taniego na booking.com, ale często szukaliśmy na własną rękę, korzystając także z pomocy papierowych przewodników.
Złota zasada: nie przyjmuj ofert od kolesi na dworcach, są drogie i niewiarygodne.
Szukanie na własną rękę może zająć trochę czasu, ale nam zawsze wystarczało pół godziny. Warto to robić. Aha, no i można się targować!
Jedzenie
Rzadko mieliśmy nocleg ze śniadaniem. Ale to dobrze, bo zamiast bagietki z dżemem, lepiej pójść do pierwszej lepszej kafejki a nawet sklepiku, gdzie można zamówić pyszne naleśniki z nuttellą lub np. bissarę - wegezupę z cieciorki podawaną z chlebem. Każda z tych rzeczy kosztuje mniej niż 2 złote. Do posiłku obowiązkowa kawa lub herbata miętowa, w zależności od miejsca od 2 do 4 złotych.
Obiady jedliśmy takie za 8 i takie za 80 zł za dwójkę. Naprawdę fajnie i tanio można zjeść przy soukach, w małych miejscówkach gdzie pan ma 3 garnki, np. jeden z zupą, jeden z fasolą, jeden z mięsem. Do tego zawsze świeży chleb, sałatka, herbata. Problemem może być znów inne rozumienie czystości i zasad higieny. Ale przynajmniej w takich miejscach kuchnia jest na widoku. W restauracji zapłacisz 5 razy więcej, a syf jest zapewne taki sam.
Jako wege musiałam się czasem trochę nachodzić, ale generalnie zawsze można dostać kuskus z warzywami. Zupy często nie są gotowane na mięsie, zwłaszcza bissara. Czasem jest problem ze zrozumieniem słowa "wegetarianizm", ale na to są inne sposoby.
Podobnym zagadnieniem jest hardkorowy widok wiszących zwłok cieląt halal lub wrzask zabijanych na targach kurcząt. Tego nie da się uniknąć.
Aha, no i można tu mieć niezła jazdę na słodycze. Pełno tu ciastkarni, stoisk z daktylami, naleśników. Dużo i tanio, warto!
Alko: my właściwie nie piliśmy, bo nie ma go w sklepie na każdym rogu. Z reguły jest tylko w droższych hotelach z knajpami. Brak alko to jeden z największych plusów tego wyjazdu. Choć z tego co zauważyliśmy, jednak większość europejczyków zadaje sobie trud i znajduje w sklepach jakieś heinekeny.
Owoce, warzywa: bardzo tanie do kupienia na targach, jeśli ktoś chce na własną rękę gotować. Są bardzo smaczne, ale podobno mocno pryskane.
Problemów żołądkowych nie odnotowaliśmy, kranówki (czasem w tanich knajpach dla niepoznaki podawanej w plastikowych butelkach) nie piliśmy.
Podróżowanie
O tym też można by długo, bo właściwie co 2 dni zmienialiśmy miejsce pobytu. Poleca się państwowe autobusy CTM z godnym zaufania rozkładem w internecie i niezłą siatką połączeń. Do mniejszych miejscowości czasem jeżdżą jedynie prywatne firmy. To hardkor, bo rozkłady są przekazywane jedynie ustnie, ceny są różne, autobusy się rozlatują. Można się targować, bilety sprzedają koniki na dworcach. Czasem próbują wykiwać na opłacie za bagaż, która nie powinna być wyższa niż 5dh.
Grand Taxis (stare mercedesy) to dobra opcja na zadupia gdzie autobusów nie ma w ogóle lub są bardzo rzadko. Płaci się za miejsce, odjeżdża wtedy gdy znajdzie się 6 pasażerów. Ale trasy mają ustalone jak autobusy. Jeśli chce się inną trasę, trzeba wynająć cały wóz dla siebie - droga opcja.
Spoko są pociągi, ale jeżdżą tylko na północy (zimą na północ od Marrakeszu jest zimno i deszczowo, nie polecamy).
Wypożyczanie rowerów staje się chyba coraz bardziej popularne, ceny ok. 60-100 dh/dzień. Można się targować. Czasem wypożyczają straszne złomy.
Nieplanowane wydatki
To nie tylko dywany! Przy pamiątkach trzeba być naprawdę ostrożnym, nie kupować w dużych miastach. Jeśli nie chcecie czegoś kupić to po prostu nie zatrzymujcie się przy stoiskach, a już na pewno nie wchodźcie do sklepów i nie zaczynajcie się targować.
I tak trudno wam będzie odmówić sobie kilku drobiazgów.
Zupełnie inną sprawą są napiwki, których oczekuje tu każdy. W sumie słusznie, bo ludzka praca jest tu niewiele warta. Dobrze dać parę dh chłopakowi z ulicy, który pokaże wam drogę. Jednak tacy naciągani przewodnicy mogą być irytujący. W pewnym momencie ktoś po prostu zaczyna z wami iść mówiąc, że pokaże wam tylko jak dość do jednego ciekawego miejsca, a potem robi się z tego godzinny spacer za który nie można nie zapłacić. Jeśli chcecie chodzić na własną rękę, dajcie to od razu do zrozumienia. Ale czasem warto przeznaczyć kasę na takie oprowadzanie. Wielu rzeczy sami byśmy nigdy nie znaleźli. Poza tym takim ludziom po prostu warto dać zarobić. Nigdy nie spotkało nas nic nieprzyjemnego z ich strony.
Choć czasem mogą doprowadzać do sklepów z dywanami...
Generalnie daliśmy radę z niewielką ilością ciepłych ubrań i śpiworami. Bardzo przydatna była mapa i przewodniki. Francuskiego nie umiemy (no, może kilka podstawowych zwrotów), co jednak czasem przeszkadzało.
Ale oczywiście w komunikacji, jak to w życiu, zawsze najbardziej pomaga uśmiech!
Jeśli po lekturze naszego bloga macie ochotę na podróż do Maroka, to poniższa garść informacji może okazać się przydatna.
Spanie
Najwięcej płaciliśmy 10 euro za osobonoc, często było taniej, ale poniżej 5 nigdy nie zeszliśmy. Warunki do uzyskania w tym przedziale cenowym: spoko łóżko i koce (ważne, bo to mimo wszystko zima), łazienka w pokoju lub na korytarzu lub brak. No i jedną wtyczka na pokój, więc trzeba decydować, co ma słabszą baterię: aparat czy telefon.
Woda z reguły ciepła pod prysznicem, ale jeśli ktoś lubi brak grzyba, wentylację i ogólne poczucie czystości to musi przeznaczyć na spanie co najmniej dwa razy więcej. Ogrzewania nigdy nie było, warto mieć swój śpiwór, zwłaszcza jeśli chce się nocować poza dużymi miastami.
Czasem udało się znaleźć coś taniego na booking.com, ale często szukaliśmy na własną rękę, korzystając także z pomocy papierowych przewodników.
Złota zasada: nie przyjmuj ofert od kolesi na dworcach, są drogie i niewiarygodne.
Szukanie na własną rękę może zająć trochę czasu, ale nam zawsze wystarczało pół godziny. Warto to robić. Aha, no i można się targować!
Jedzenie
Rzadko mieliśmy nocleg ze śniadaniem. Ale to dobrze, bo zamiast bagietki z dżemem, lepiej pójść do pierwszej lepszej kafejki a nawet sklepiku, gdzie można zamówić pyszne naleśniki z nuttellą lub np. bissarę - wegezupę z cieciorki podawaną z chlebem. Każda z tych rzeczy kosztuje mniej niż 2 złote. Do posiłku obowiązkowa kawa lub herbata miętowa, w zależności od miejsca od 2 do 4 złotych.
Obiady jedliśmy takie za 8 i takie za 80 zł za dwójkę. Naprawdę fajnie i tanio można zjeść przy soukach, w małych miejscówkach gdzie pan ma 3 garnki, np. jeden z zupą, jeden z fasolą, jeden z mięsem. Do tego zawsze świeży chleb, sałatka, herbata. Problemem może być znów inne rozumienie czystości i zasad higieny. Ale przynajmniej w takich miejscach kuchnia jest na widoku. W restauracji zapłacisz 5 razy więcej, a syf jest zapewne taki sam.
Jako wege musiałam się czasem trochę nachodzić, ale generalnie zawsze można dostać kuskus z warzywami. Zupy często nie są gotowane na mięsie, zwłaszcza bissara. Czasem jest problem ze zrozumieniem słowa "wegetarianizm", ale na to są inne sposoby.
Podobnym zagadnieniem jest hardkorowy widok wiszących zwłok cieląt halal lub wrzask zabijanych na targach kurcząt. Tego nie da się uniknąć.
Aha, no i można tu mieć niezła jazdę na słodycze. Pełno tu ciastkarni, stoisk z daktylami, naleśników. Dużo i tanio, warto!
Alko: my właściwie nie piliśmy, bo nie ma go w sklepie na każdym rogu. Z reguły jest tylko w droższych hotelach z knajpami. Brak alko to jeden z największych plusów tego wyjazdu. Choć z tego co zauważyliśmy, jednak większość europejczyków zadaje sobie trud i znajduje w sklepach jakieś heinekeny.
Owoce, warzywa: bardzo tanie do kupienia na targach, jeśli ktoś chce na własną rękę gotować. Są bardzo smaczne, ale podobno mocno pryskane.
Problemów żołądkowych nie odnotowaliśmy, kranówki (czasem w tanich knajpach dla niepoznaki podawanej w plastikowych butelkach) nie piliśmy.
Podróżowanie
O tym też można by długo, bo właściwie co 2 dni zmienialiśmy miejsce pobytu. Poleca się państwowe autobusy CTM z godnym zaufania rozkładem w internecie i niezłą siatką połączeń. Do mniejszych miejscowości czasem jeżdżą jedynie prywatne firmy. To hardkor, bo rozkłady są przekazywane jedynie ustnie, ceny są różne, autobusy się rozlatują. Można się targować, bilety sprzedają koniki na dworcach. Czasem próbują wykiwać na opłacie za bagaż, która nie powinna być wyższa niż 5dh.
Grand Taxis (stare mercedesy) to dobra opcja na zadupia gdzie autobusów nie ma w ogóle lub są bardzo rzadko. Płaci się za miejsce, odjeżdża wtedy gdy znajdzie się 6 pasażerów. Ale trasy mają ustalone jak autobusy. Jeśli chce się inną trasę, trzeba wynająć cały wóz dla siebie - droga opcja.
Spoko są pociągi, ale jeżdżą tylko na północy (zimą na północ od Marrakeszu jest zimno i deszczowo, nie polecamy).
Wypożyczanie rowerów staje się chyba coraz bardziej popularne, ceny ok. 60-100 dh/dzień. Można się targować. Czasem wypożyczają straszne złomy.
Nieplanowane wydatki
To nie tylko dywany! Przy pamiątkach trzeba być naprawdę ostrożnym, nie kupować w dużych miastach. Jeśli nie chcecie czegoś kupić to po prostu nie zatrzymujcie się przy stoiskach, a już na pewno nie wchodźcie do sklepów i nie zaczynajcie się targować.
I tak trudno wam będzie odmówić sobie kilku drobiazgów.
Zupełnie inną sprawą są napiwki, których oczekuje tu każdy. W sumie słusznie, bo ludzka praca jest tu niewiele warta. Dobrze dać parę dh chłopakowi z ulicy, który pokaże wam drogę. Jednak tacy naciągani przewodnicy mogą być irytujący. W pewnym momencie ktoś po prostu zaczyna z wami iść mówiąc, że pokaże wam tylko jak dość do jednego ciekawego miejsca, a potem robi się z tego godzinny spacer za który nie można nie zapłacić. Jeśli chcecie chodzić na własną rękę, dajcie to od razu do zrozumienia. Ale czasem warto przeznaczyć kasę na takie oprowadzanie. Wielu rzeczy sami byśmy nigdy nie znaleźli. Poza tym takim ludziom po prostu warto dać zarobić. Nigdy nie spotkało nas nic nieprzyjemnego z ich strony.
Choć czasem mogą doprowadzać do sklepów z dywanami...
Generalnie daliśmy radę z niewielką ilością ciepłych ubrań i śpiworami. Bardzo przydatna była mapa i przewodniki. Francuskiego nie umiemy (no, może kilka podstawowych zwrotów), co jednak czasem przeszkadzało.
Ale oczywiście w komunikacji, jak to w życiu, zawsze najbardziej pomaga uśmiech!
środa, 19 lutego 2014
Morrocan paradise, my friend
Kierowca po zmroku wyrzuca nas tuż przed Dżemaa el-Fna. To podobno największy rynek w Afryce. Akurat Stefan twierdzi, że ten w Krakowie jest większy. Podobieństw na pewno jest więcej, bo spotkamy dużą grupkę pijanych anglików na weekendzie kawalerskim.
W każdym razie, plac robi wrażenie - ludzie gromadzą się wokół muzyków, sprzedawców wszystkiego, zaklinaczy węży. Mnóstwo chaosu, zapachów, dźwięków. Stoiska z jedzeniem (niestety próbują nas orżnąć na kasę), tony pomarańczy z których wyciskają świeży sok za 4 dh.
Dookoła rozciągają się souki z ceramiką, biżuterią i oczywiście dywanami. Gdzieś pomiędzy nimi piramidy pachnących przypraw, ziół i perfum. Trudno oprzeć się zakupom, choć zdecydowanie lepiej i taniej kupować po drugiej stronie gór.
Gdyby to było pierwsze marokańskie miasto na naszej drodze, pewnie bylibyśmy zachwyceni. Jednak po 3 tygodniach medyny robią się zbyt powtarzalne, a nachalni sprzedawcy zbyt irytujący. Zwłaszcza, że pod koniec wyjazdu kasy zbyt dużo już nie ma.
Poza tym na koniec potrzeba nam trochę spokoju.
I ten spokój pojawia się dwa dni później. Trafiamy do raju położonego zaledwie 100 km dalej na wschód. Nie łatwo tam trafić na własną rękę, ostro targowaliśmy się o cenę biletów u prywatnego przewoźnika (tak, można to robić) i zrobiliśmy aferę na 10 osób bo nie chcieliśmy płacić turystycznego haraczu za bagaż (Marokańczycy czasem płacą max 5dh, od nad chcieli po 20 dh). 90 km przejechaliśmy w prawie 4 godziny, potem 2 przesiadki z Grand Taxi i w końcu lądujemy przy Ouzoud.
Ten drugi co do wielkości wodospad Afryki przyciąga przede wszystkim tutejszych turystów z bogatszej północy kraju. Dlaczego? Bo można spać pod namiotem z widokiem na wodospad, oświetlany przez pełny księżyc. Bo o 8 rano można obserwować stado berberyjskich makaków ogrzewających się przy wchodzącym nad wodą słońcu.

(Niestety takie same zwierzęta bawią turystów chodząc na smyczy po Djemaa el-Fna). Można też spacerować cały dzień po okolicznych wzgórzach spotykając głównie osiołki. Można po pysznym tadżinie oglądać z miejscowymi wyścigi wielbłądów (!) odbierając saudyjską tv w prowizorycznej kuchni na odludziu. Można siedzieć przed wodospadem i gapić się na tęczę albo po prostu słuchać szumu spadającej wody.
Na razie nie ma tam jeszcze grillujących Polaków, którzy puszczają Radio Zet z samochodu, ale miejscowi mówią, że okolica szybko się zmienia. Tuż przy rzece buduje się właśnie duży parking, populacja makaków ciągle się zmniejsza. Mam nadzieję, że ludzie którzy tam mieszkają i znają wartość tego miejsca uratują je zanim będzie za późno.
Właśnie dla takich miejsc, gdzie jeszcze jest piękna przyroda i wolne zwierzęta, warto przyjeżdżać do Maroka. Są spokojniejsze od dużych miast, mieszkają w nich ludzie, którzy widzą jeszcze w turyście człowieka. No i świetnie gotują.
Za parę lat takich miejsc może już nie być, przemysł turystyczny rozwija się tu w olbrzymim tempie, wyrósł właściwie od zera w ciągu ostatniej dekady.
Wiem, że sami się do tego przyczyniamy. Ale zawsze można podróżować bardziej etycznie, myśląc o tym, gdzie trafią nasze pieniądze.
Od razu po powrocie zaczynam je oszczędzać na następny wyjazd.
poniedziałek, 17 lutego 2014
Ekspresem na pustynię
Okazało się, że w Ouarzazate raczej nie ma nic ciekawego. Te same dywany i tadżiny, co wszędzie. Stosunkowo młode miasto głodne turystów, którzy traktują je jako bazę wypadową na Saharę.
No i nieopodal znajduje się Ait Benhaidu, najlepiej zachowana kazba w całym Maroku, znana z pocztówek.
Niestety nie udaje nam się do niej dotrzeć, nie chcemy przepłacać za transport.
Zastanawiamy się, co dalej, kiedy zaczepia nas facet proponując zorganizowaną wycieczkę. Cena jest dobra, więc nie zastanawiając się długo ruszamy międzynarodową ekipą na wschód. Wycieczka ma wszystkie wady wycieczki: ściśle wyznaczone miejsca posiłków, zakupów i robienia zdjęć oraz zabójcze tempo. Ale nie da się ukryć, że inaczej byśmy w te miejsca po prostu nie dotarli. Transport zbiorowy jest w ten części kraju mocno ograniczony.
No więc ekspresowo pokonujemy dolinę kazb (dużo podobnych kazb, dużo palm) i kierujemy się w stronę wąwozów wzdłuż rzek Dades i Todra. Tu po raz pierwszy widzimy w nich wodę, do tej pory przejeżdżaliśmy przez wyschnięte koryta przykryte kilogramami śmieci.
Wzdłuż najbardziej żyznych terenów Maroka buduje się mnóstwo domów, podobno większość należy do zagranicznych turystów. Miejscowi emigrują na północ w poszukiwaniu pracy.
Z rolnictwa trudno wyżyć, a kiedy kilka lat temu zniknęły stąd pszczoły, ludzie muszą sami rozmnażać drzewa palmowe.
Ale my widzimy to przede wszystkim z okien busa, który mknie coraz dalej na wschód. Żyzne doliny zamieniają się w coraz większe pustkowie. W końcu docieramy do położonej już całkiem blisko Algierii Merzougi. Tu zaczynają się diuny, wielbłądy i zachody słońca.
Jest oczywiście słodko, pięknie, ale zdecydowanie zbyt zorganizowanie. Brakuje nam czasu na bezcelowe gapienie się w przestrzeń.
Bardzo chciałam zobaczyć pustynię, ale trochę się rozczarowałam, kiedy okazało się że jedynymi formami organicznymi na piasku są kupy wielbłądów. W dużych ilościach. Żadnych skorpionów, fenków i pająków. Słowem, można sobie odpuścić.
No i nieopodal znajduje się Ait Benhaidu, najlepiej zachowana kazba w całym Maroku, znana z pocztówek.
Niestety nie udaje nam się do niej dotrzeć, nie chcemy przepłacać za transport.
Zastanawiamy się, co dalej, kiedy zaczepia nas facet proponując zorganizowaną wycieczkę. Cena jest dobra, więc nie zastanawiając się długo ruszamy międzynarodową ekipą na wschód. Wycieczka ma wszystkie wady wycieczki: ściśle wyznaczone miejsca posiłków, zakupów i robienia zdjęć oraz zabójcze tempo. Ale nie da się ukryć, że inaczej byśmy w te miejsca po prostu nie dotarli. Transport zbiorowy jest w ten części kraju mocno ograniczony.
No więc ekspresowo pokonujemy dolinę kazb (dużo podobnych kazb, dużo palm) i kierujemy się w stronę wąwozów wzdłuż rzek Dades i Todra. Tu po raz pierwszy widzimy w nich wodę, do tej pory przejeżdżaliśmy przez wyschnięte koryta przykryte kilogramami śmieci.
Wzdłuż najbardziej żyznych terenów Maroka buduje się mnóstwo domów, podobno większość należy do zagranicznych turystów. Miejscowi emigrują na północ w poszukiwaniu pracy.
Z rolnictwa trudno wyżyć, a kiedy kilka lat temu zniknęły stąd pszczoły, ludzie muszą sami rozmnażać drzewa palmowe.
Ale my widzimy to przede wszystkim z okien busa, który mknie coraz dalej na wschód. Żyzne doliny zamieniają się w coraz większe pustkowie. W końcu docieramy do położonej już całkiem blisko Algierii Merzougi. Tu zaczynają się diuny, wielbłądy i zachody słońca.
Jest oczywiście słodko, pięknie, ale zdecydowanie zbyt zorganizowanie. Brakuje nam czasu na bezcelowe gapienie się w przestrzeń.
Bardzo chciałam zobaczyć pustynię, ale trochę się rozczarowałam, kiedy okazało się że jedynymi formami organicznymi na piasku są kupy wielbłądów. W dużych ilościach. Żadnych skorpionów, fenków i pająków. Słowem, można sobie odpuścić.
piątek, 14 lutego 2014
Patrzymy na Atlas Wysoki
Żeby dojechać do Taroudant, trzeba było cofnąć się do naszego ulubionego Agadiru. Z Tafraout w tamtą stronę ponoć nie jeżdżą nawet ciężarówki.
Na stacji przesiadkowej Inezzgane po raz pierwszy rezygnujemy z wygodnego, państwowego przewoźnika CTM by poddać się wolnemu i szalonemu rynkowi prywatnych usług. Panowie na dworcu sprzedają bilety w niepojętych dla mnie cenach wykrzykując nazwy docelowych miejscowości. Ale mamy szczęście, jedziemy za 20 dh płacąc jedynie niewielką łapówkę turystyczną za bagaż.
Kilka godzin później jesteśmy już w Taroudancie, który mieści się dokładnie między Antyatlasem a Atlasem Wysokim. Podoba nam się to miasto. Pełne życia i rowerzystów (poruszanie się wąskimi ulicami między straganami, rowerami, skuterami, taksówkami i dorożkami to sztuka), a przy tym luźne i niezbyt turystyczne.
Śpimy w "hotelu" przy głównym placu, z "tarasu" oglądamy berberski teatr.
W pokoju obok śpi marokański emigrant, który na emeryturę (szwedzką) wrócił z północy. Tłumaczy nam zawiłości dusz marokańskich kobiet. Wie co mówi, jest po trzech rozwodach.
Rano dobijamy targu z właścicielem warsztatu i wypożyczamy typowo miejskie rowery drugiej młodości. Przymierzamy się do Tiout, ale nie wiemy dokładnie jak to daleko i nie mamy dobrej mapy.
Z miasta wyjeżdżamy pasem rowerowym (!), często wyprzedzając różne dziwne pojazdy. Już na spokojniejszej drodze lokalnej widok zapiera dech w piersiach. Panorama ośnieżonych szczytów Atlasu, a na pierwszym planie: drzewa pomarańczowe lub kozy lub osiołki lub pasące się stada dromaderów lub wszystko na raz. I w ogóle nie jest pod górę!
W ten sposób bez większych problemów dojeżdżamy do Tiout, schowanej u podnóża Antyatlasu wioski z piękną kazbą, gajem palmowym i polami bobu.
Oprowadza nas samozwańczy przewodnik, starszy pan mówiący do nas jednocześnie po angielsku, francusku i niemiecku. I zrywa dla nas mandarynki!
W dobrych nastrojach wracamy przybijając piątki wielbłądom.
Trochę nie chce nam się stąd wyjeżdżać, ale wschód też ciągnie. Zahaczając o Taliouine (jedyne miejsce w kraju gdzie robi się prawdziwy szafran) przesiadamy się na Grand Taxi.
Grand Taxi to taka dalekobieżna taksówka, w której płaci się za miejsce, a nie za kurs. W niektórych regionach to właściwie jedyny środek transportu.
Z tych powodów w starych mercedesach (czasem peugeotach) jedzie się w siódemkę. Inaczej się nie opłaca.
No więc przejeżdżamy w siódemkę przez parę przełęczy, uchodzimy z życiem i po niemal 300 kilometrach lądujemy w Ouarzazate.
Na stacji przesiadkowej Inezzgane po raz pierwszy rezygnujemy z wygodnego, państwowego przewoźnika CTM by poddać się wolnemu i szalonemu rynkowi prywatnych usług. Panowie na dworcu sprzedają bilety w niepojętych dla mnie cenach wykrzykując nazwy docelowych miejscowości. Ale mamy szczęście, jedziemy za 20 dh płacąc jedynie niewielką łapówkę turystyczną za bagaż.
Kilka godzin później jesteśmy już w Taroudancie, który mieści się dokładnie między Antyatlasem a Atlasem Wysokim. Podoba nam się to miasto. Pełne życia i rowerzystów (poruszanie się wąskimi ulicami między straganami, rowerami, skuterami, taksówkami i dorożkami to sztuka), a przy tym luźne i niezbyt turystyczne.
Śpimy w "hotelu" przy głównym placu, z "tarasu" oglądamy berberski teatr.
W pokoju obok śpi marokański emigrant, który na emeryturę (szwedzką) wrócił z północy. Tłumaczy nam zawiłości dusz marokańskich kobiet. Wie co mówi, jest po trzech rozwodach.
Rano dobijamy targu z właścicielem warsztatu i wypożyczamy typowo miejskie rowery drugiej młodości. Przymierzamy się do Tiout, ale nie wiemy dokładnie jak to daleko i nie mamy dobrej mapy.
Z miasta wyjeżdżamy pasem rowerowym (!), często wyprzedzając różne dziwne pojazdy. Już na spokojniejszej drodze lokalnej widok zapiera dech w piersiach. Panorama ośnieżonych szczytów Atlasu, a na pierwszym planie: drzewa pomarańczowe lub kozy lub osiołki lub pasące się stada dromaderów lub wszystko na raz. I w ogóle nie jest pod górę!
W ten sposób bez większych problemów dojeżdżamy do Tiout, schowanej u podnóża Antyatlasu wioski z piękną kazbą, gajem palmowym i polami bobu.
Oprowadza nas samozwańczy przewodnik, starszy pan mówiący do nas jednocześnie po angielsku, francusku i niemiecku. I zrywa dla nas mandarynki!
W dobrych nastrojach wracamy przybijając piątki wielbłądom.
Trochę nie chce nam się stąd wyjeżdżać, ale wschód też ciągnie. Zahaczając o Taliouine (jedyne miejsce w kraju gdzie robi się prawdziwy szafran) przesiadamy się na Grand Taxi.
Grand Taxi to taka dalekobieżna taksówka, w której płaci się za miejsce, a nie za kurs. W niektórych regionach to właściwie jedyny środek transportu.
Z tych powodów w starych mercedesach (czasem peugeotach) jedzie się w siódemkę. Inaczej się nie opłaca.
No więc przejeżdżamy w siódemkę przez parę przełęczy, uchodzimy z życiem i po niemal 300 kilometrach lądujemy w Ouarzazate.
poniedziałek, 10 lutego 2014
Tafraout
Do tej położonej w Antyatlasie miejscowości dojeżdżamy po zmroku. We mgle, w autokarze ze stłuczoną szybą powoli wdrapujemy się na wysoką przełęcz.
Barierki na krawędzi drogi o szerokości właśnie naszego pojazdu? Trzeba przyznać, że czasem się zdarzają.
Dopiero rano, wchodząc na taras pensjonatu podziwiam efekt naszej 4-godzinnej jazdy pod górę. Długie pasmo rudych gór, wzgórza porośnięte drzewami arganowymi.
Dolina przyciąga przede wszystkim wspinaczy, na szczęście jest dużo wypożyczalni rowerów.
Tym razem bierzemy porządne, górskie maszyny. Udało nam się nawet wytargować special price!
Pełni entuzjazmu jedziemy do Doliny Ameln, w której mieści się przynajmniej kilkanaście wiosek z berberskimi kazbami.
W jednej z nich jest podobno cmentarz żydowski, w innej piękny gaj palmowy. Ale tak naprawdę zwiedzamy tylko pierwszą. Bo zima w Antyatlasie jest sroga. 25 stopni w cieniu, ciągle podjazdy i szybko kończąca się woda skutecznie zniechęcają do szukania dojazdów, dróżek, ścieżynek do każdej z nich. Zresztą z daleka też wyglądają ładnie.
Po powrocie na asfalt okazuje się, że wcale nie jest lepiej. Podjazdy, zakręty, pagórki, pełne słońce...
W sumie nagnietliśmy ponad 50 km (ale jakich!), z czego ostatnie 8 zjazdu do Tafraout było najlepszą nagrodą za spróbowanie sił w kolarstwie górskim.
Następnego dnia trasa jest zdecydowanie bardziej lajtowa.
Podziwiamy granitowe skałki (niektóre niebieskie lub różowe), szukamy wiewiórek oraz prehistorycznego rysunku gazeli.
Co do tego ostatniego, poddajemy się dopiero po kilku godzinach.
Jednak chyba najmilszym aspektem pobytu tutaj jest znajomość z naszą gospodynią, Najmą. To bardzo ciepła i pomocna osoba. No i pierwsza kobieta, z którą robimy interesy w tym kraju. Sama prowadzi pensjonat, masuje i gotuje. Jej młodszy brat wypożycza rowery, a matka robi olej i kosmetyki z arganu.
A na zakończenie dostałam bardzo fajną hennę!
Innymi słowy, jeśli zima to tylko w Tafraout.
Barierki na krawędzi drogi o szerokości właśnie naszego pojazdu? Trzeba przyznać, że czasem się zdarzają.
Dopiero rano, wchodząc na taras pensjonatu podziwiam efekt naszej 4-godzinnej jazdy pod górę. Długie pasmo rudych gór, wzgórza porośnięte drzewami arganowymi.
Dolina przyciąga przede wszystkim wspinaczy, na szczęście jest dużo wypożyczalni rowerów.
Tym razem bierzemy porządne, górskie maszyny. Udało nam się nawet wytargować special price!
Pełni entuzjazmu jedziemy do Doliny Ameln, w której mieści się przynajmniej kilkanaście wiosek z berberskimi kazbami.
W jednej z nich jest podobno cmentarz żydowski, w innej piękny gaj palmowy. Ale tak naprawdę zwiedzamy tylko pierwszą. Bo zima w Antyatlasie jest sroga. 25 stopni w cieniu, ciągle podjazdy i szybko kończąca się woda skutecznie zniechęcają do szukania dojazdów, dróżek, ścieżynek do każdej z nich. Zresztą z daleka też wyglądają ładnie.
Po powrocie na asfalt okazuje się, że wcale nie jest lepiej. Podjazdy, zakręty, pagórki, pełne słońce...
W sumie nagnietliśmy ponad 50 km (ale jakich!), z czego ostatnie 8 zjazdu do Tafraout było najlepszą nagrodą za spróbowanie sił w kolarstwie górskim.
Następnego dnia trasa jest zdecydowanie bardziej lajtowa.
Podziwiamy granitowe skałki (niektóre niebieskie lub różowe), szukamy wiewiórek oraz prehistorycznego rysunku gazeli.
Co do tego ostatniego, poddajemy się dopiero po kilku godzinach.
Jednak chyba najmilszym aspektem pobytu tutaj jest znajomość z naszą gospodynią, Najmą. To bardzo ciepła i pomocna osoba. No i pierwsza kobieta, z którą robimy interesy w tym kraju. Sama prowadzi pensjonat, masuje i gotuje. Jej młodszy brat wypożycza rowery, a matka robi olej i kosmetyki z arganu.
A na zakończenie dostałam bardzo fajną hennę!
Innymi słowy, jeśli zima to tylko w Tafraout.
czwartek, 6 lutego 2014
Agadir - nie jedźcie tam
Trafiliśmy tu trochę przypadkiem. Mieliśmy tylko się przesiąść do autobusu na wschód, ale utknęliśmy z noclegiem.
Ponad pół godziny szukaliśmy zarezerwowanej w necie miejscówki. Okazało się po prostu, że w realu nazywa się zupełnie inaczej. A wygląda podobnie źle. Na szczęście było nam wszystko jedno.
Rano, po krótkim spacerze, mogłam już powierzchownie ocenić Agadir jako idealne połączenie Sopotu z Kutnem.
Zniszczone przez trzęsienie ziemi, całkowicie i bez pomysłu odbudowane miasto jest celem zimowych wycieczek dla starszego pokolenia. Nie wiem, co ich tu przyciąga. Jest drogo i brzydko. A to, co jest tu dobre, jest o wiele lepsze w innych częściach kraju.
Nie dajcie się zwieść promocjom Ryanaira. Nie przyjeżdżajcie tu!
Ponad pół godziny szukaliśmy zarezerwowanej w necie miejscówki. Okazało się po prostu, że w realu nazywa się zupełnie inaczej. A wygląda podobnie źle. Na szczęście było nam wszystko jedno.
Rano, po krótkim spacerze, mogłam już powierzchownie ocenić Agadir jako idealne połączenie Sopotu z Kutnem.
Zniszczone przez trzęsienie ziemi, całkowicie i bez pomysłu odbudowane miasto jest celem zimowych wycieczek dla starszego pokolenia. Nie wiem, co ich tu przyciąga. Jest drogo i brzydko. A to, co jest tu dobre, jest o wiele lepsze w innych częściach kraju.
Nie dajcie się zwieść promocjom Ryanaira. Nie przyjeżdżajcie tu!
środa, 5 lutego 2014
Rowerem po plaży
Był tu Jimi Hendrix i Cat Stevens. Essaouira - ten spokojny kurort przyciąga mnóstwo europejskich hipster-hipisów. Snują się między cichymi kafejkami i art-galeriami schowanymi w zakątkach medyny.
Na ciągnącej się wzdłuż i wszerz plaży można spotkać też surferów. Na co dzień dzieciaki rysują na piasku boiska piłkarskie i okupują je tak, że dla turystów pozostaje niewiele miejsca.
Wbrew leniwemu klimatowi wstajemy rano i szukamy wypożyczalni rowerów. Po godzinie (jest dopiero 9, wszyscy śpią) znajdujemy miejscówkę, w której wszystkie maszyny mają zardzewiałe łańcuchy.
Trudno, damy radę.
Naszym celem jest Sidi Kifni oddalone o 27 kilometrów. Naśladując miejscowych wjeżdżamy rowerami na plażę. Nie zastanawiając się długo decydujemy się na pokonanie całego odcinka właśnie w ten sposób.
Piasek jest mokry, plaża szeroka, szybko się jedzie. Ocean szumi, mijamy odpoczywające wielbłądy, potem krowy (?!), rybaków... Słońce świeci, cudownie jedzie się rowerem po plaży, przez wydmy, przez rzekę... Czego chcieć więcej?
Stef łapie w końcu gumę, ale to przecież nie jest problem. Ktoś nam dopompował, po miękkiej nawierzchni można jechać.
Pół godziny później blokuje mu się łańcuch, by ostatecznie pęknąć. Jednak nie możemy jechać dalej. A byliśmy jedynie kilka kilometrów od Sidi Kifni.
Rozpoczynamy żmudny, 4-godzinny powrót. Na dodatek okazuje się, że ja też nie mogę jechać, bo przypływ, bo piasek już zbyt suchy. Do drogi zbyt daleko. Ktoś mógłby pomyśleć, że jesteśmy w ciężkiej dupie, ale pełen przygód spacer po coraz węższej plaży bardzo nam się podoba.
Trochę kłóciliśmy się potem z właścicielem rowerów, trochę za bardzo przypiekło nas słonko. Ale to nie szkodzi.
W Essaouirze w sumie trudno się zdenerwować.
Na ciągnącej się wzdłuż i wszerz plaży można spotkać też surferów. Na co dzień dzieciaki rysują na piasku boiska piłkarskie i okupują je tak, że dla turystów pozostaje niewiele miejsca.
Wbrew leniwemu klimatowi wstajemy rano i szukamy wypożyczalni rowerów. Po godzinie (jest dopiero 9, wszyscy śpią) znajdujemy miejscówkę, w której wszystkie maszyny mają zardzewiałe łańcuchy.
Trudno, damy radę.
Naszym celem jest Sidi Kifni oddalone o 27 kilometrów. Naśladując miejscowych wjeżdżamy rowerami na plażę. Nie zastanawiając się długo decydujemy się na pokonanie całego odcinka właśnie w ten sposób.
Piasek jest mokry, plaża szeroka, szybko się jedzie. Ocean szumi, mijamy odpoczywające wielbłądy, potem krowy (?!), rybaków... Słońce świeci, cudownie jedzie się rowerem po plaży, przez wydmy, przez rzekę... Czego chcieć więcej?
Stef łapie w końcu gumę, ale to przecież nie jest problem. Ktoś nam dopompował, po miękkiej nawierzchni można jechać.
Pół godziny później blokuje mu się łańcuch, by ostatecznie pęknąć. Jednak nie możemy jechać dalej. A byliśmy jedynie kilka kilometrów od Sidi Kifni.
Rozpoczynamy żmudny, 4-godzinny powrót. Na dodatek okazuje się, że ja też nie mogę jechać, bo przypływ, bo piasek już zbyt suchy. Do drogi zbyt daleko. Ktoś mógłby pomyśleć, że jesteśmy w ciężkiej dupie, ale pełen przygód spacer po coraz węższej plaży bardzo nam się podoba.
Trochę kłóciliśmy się potem z właścicielem rowerów, trochę za bardzo przypiekło nas słonko. Ale to nie szkodzi.
W Essaouirze w sumie trudno się zdenerwować.
wtorek, 4 lutego 2014
El Jadida
El Jadida to taki bieda-kurort. Poza sezonem jest całkiem spoko. Na śniadanie znów jemy naleśniki z nutellą. Smażone na gazowych palnikach są dostępne w każdej przydrożnej budce.
Zwiedzanie zaczynamy od Cite Portugaise.
XVI-wieczne mury obronne, niegdyś otoczone fosą skrywają podniszczone portugalskie kamienice, kilka kościołów i synagogę oraz ogromny zbiornik na wodę. Jak Stef słusznie zauważył, jest to podróbka zbiornika na Stokach.
Po tym ostatnim oprowadza nas starszy pan. Mówi po francusku, więc rozumiemy niewiele.
Więcej czasu spędzamy na chodzeniu po samej fortyfikacji, która jest miejscem spotkań wielu par uciekających przed surowym wzrokiem dorosłych.
Między jedną ulewą a drugą spacerujemy brzegiem oceanu, samo miasto nudzi po kilku godzinach. Jak się okazuje, jest to idealne miejsce na suszenie prania.
Zwiedzanie zaczynamy od Cite Portugaise.
XVI-wieczne mury obronne, niegdyś otoczone fosą skrywają podniszczone portugalskie kamienice, kilka kościołów i synagogę oraz ogromny zbiornik na wodę. Jak Stef słusznie zauważył, jest to podróbka zbiornika na Stokach.
Po tym ostatnim oprowadza nas starszy pan. Mówi po francusku, więc rozumiemy niewiele.
Więcej czasu spędzamy na chodzeniu po samej fortyfikacji, która jest miejscem spotkań wielu par uciekających przed surowym wzrokiem dorosłych.
Między jedną ulewą a drugą spacerujemy brzegiem oceanu, samo miasto nudzi po kilku godzinach. Jak się okazuje, jest to idealne miejsce na suszenie prania.
sobota, 1 lutego 2014
Na południe
Kończy się plan, zaczyna przygoda. W deszczu uciekamy na południe, na razie do Casablanki. Duże miasto, dużo możliwości. Można na przykład wysłać do Polski paczkę dywanów i już człowiekowi 7 kilogramów i sporo dirhamów lżej.
Po ostatniej przygodzie oszczędzamy tak bardzo, że szkoda nam kasy na przechowalnię bagażu. Włazimy więc z plecakami do medyny i jemy najtańszy do tej pory obiad. Za niespełna 8 złotych smaczna wyżerka starcza do końca dnia.
Zmęczeni jedzeniem docieramy do punktu na drugim końcu miasta.
Wybudowany w latach 90tych meczet Hassana II ma podobno najwyższy minaret na świecie. Król kazał go wybudować za pieniądze że zbiórki publicznej. Jest położony nad samym oceanem.
Rzuca się w oczy kontrast z ciągnącym się przez kilka kilometrów bieda-targiem, który mijamy w drodze do centrum.
Przy dźwiękach kolejnej już dziś ulewy wypijamy pierwsze w tym kraju piwo.
A skarpetki suszymy w ogrzewanym autobusie do El Jadidy.
Po ostatniej przygodzie oszczędzamy tak bardzo, że szkoda nam kasy na przechowalnię bagażu. Włazimy więc z plecakami do medyny i jemy najtańszy do tej pory obiad. Za niespełna 8 złotych smaczna wyżerka starcza do końca dnia.
Zmęczeni jedzeniem docieramy do punktu na drugim końcu miasta.
Wybudowany w latach 90tych meczet Hassana II ma podobno najwyższy minaret na świecie. Król kazał go wybudować za pieniądze że zbiórki publicznej. Jest położony nad samym oceanem.
Rzuca się w oczy kontrast z ciągnącym się przez kilka kilometrów bieda-targiem, który mijamy w drodze do centrum.
Przy dźwiękach kolejnej już dziś ulewy wypijamy pierwsze w tym kraju piwo.
A skarpetki suszymy w ogrzewanym autobusie do El Jadidy.
piątek, 31 stycznia 2014
Szafszawan
Stef od początku chciał tu przyjechać. Słynne, niebieskie miasteczko w górach Rif było celem emigracji wielu żydów sefardyjskich. Medyna jest wciąż otoczona murami spoza których roztacza się niesamowity widok na położone w dolinie miasto.
Kelnerzy z knajpek przy głównym placu i okoliczna młodzież oferują nam rosnące bujnie w tych górach zioło.
"Good price!" Rzeczywiście, 8 złotych za gram to dobra cena. Niestety, nie korzystamy z okazji.
Niestety, bo sami nie rozumiemy jak, dajemy się namówić na o wiele większy i w ogóle nieplanowany zakup. Dywany (tak, liczba mnoga!) sprzedał nam słynny (także z przewodników) Abdul. Najpierw poczęstował nas herbatą i pokazał trzy grube zeszyty pełne wpisów turystów z całego świata. Każdy wychwalał marketingowe umiejętności właściciela sklepu.
Na dalszy ciąg spuszczamy zasłonę milczenia. Trochę nam głupio, że tak się daliśmy. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że towar jest rzeczywiście dobrej jakości. No i tańszy niż w Ikei. No i jak kupować dywan, to tylko w Maroku, nie?
No cóż, nie śmiejcie się z nas tak bardzo.
A może chcecie kupić dywan? Good price, my friend!
PS. Na zdjęciu inny sprzedawca, z Fezu, któremu się oparliśmy
Kelnerzy z knajpek przy głównym placu i okoliczna młodzież oferują nam rosnące bujnie w tych górach zioło.
"Good price!" Rzeczywiście, 8 złotych za gram to dobra cena. Niestety, nie korzystamy z okazji.
Niestety, bo sami nie rozumiemy jak, dajemy się namówić na o wiele większy i w ogóle nieplanowany zakup. Dywany (tak, liczba mnoga!) sprzedał nam słynny (także z przewodników) Abdul. Najpierw poczęstował nas herbatą i pokazał trzy grube zeszyty pełne wpisów turystów z całego świata. Każdy wychwalał marketingowe umiejętności właściciela sklepu.
Na dalszy ciąg spuszczamy zasłonę milczenia. Trochę nam głupio, że tak się daliśmy. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że towar jest rzeczywiście dobrej jakości. No i tańszy niż w Ikei. No i jak kupować dywan, to tylko w Maroku, nie?
No cóż, nie śmiejcie się z nas tak bardzo.
A może chcecie kupić dywan? Good price, my friend!
PS. Na zdjęciu inny sprzedawca, z Fezu, któremu się oparliśmy
wtorek, 28 stycznia 2014
Fez mniej turystycznie
Po podliczeniu, ile wydaliśmy kasy dzień wcześniej stwierdzamy, że dziś chodzimy mniej utartymi szlakami.
Jemy śniadanie z policjantami w mikroknajpce. Właściciel ma w ofercie wielki gar zupy z cziecierzycy. Za 5 dh/os mamy michę zupy z przyprawami i chleb. jemy na średnio czystym, jedynym stoliczku przykrytym ceratą. Potem jeszcze kawa i ciastko i ruszamy w stronę dworca autobusowego. Kupujemy bilety na północ, ale nie chce nam się wracać do zatłoczonej medyny. Idziemy wzdłuż murów elegancką 6-pasmówką.
Po chwili wdrapujemy się na pozostałości po jakiejś twierdzy. Mimo tego, że dookoła schną śmierdzące skóry, nie żałujemy. Że wzgórza rozciąga się piękny widok na stare miasto.
Dokładnie o 12.41 z kilkuset minaretów rozbrzmiewa wezwanie do modlitwy. Pierwszy raz słyszymy to tak wyraźnie.
Wracamy przez stary cmentarz po drodze mijając przywiązane do kamieni osły. Po południu pewnie zabiorą do miasta wyschnięte skóry.
Wchodzimy do dzielnicy andaluzyjskiej - to też część medyny, ale mniej turystyczna. W okolicach souku (targu) zaczynamy podążać za znakami do galerii Dar Balmira. Krążymy po coraz węższych i bardziej krętych uliczkach. Już mamy się poddać, gdy trafiamy przed drzwi z informacją napisaną bezbłędną angielszczyzną. Otwiera nam Jearld, urodzony w Stanach Kanadyjczyk. Kupił sobie ten piękny dom na zadupiu feskiej medyny za równowartość, jak sam mówi, 1/3 garażu w Kanadzie. Odnowił go, a na dachu urządził ptaszarnię. Hoduje papugi i tutejsze rośliny, opiekuje się sokołami, robi świetne zdjęcia jeżdżąc swoim skuterem po całym kraju. No i ma kota.
Jemy śniadanie z policjantami w mikroknajpce. Właściciel ma w ofercie wielki gar zupy z cziecierzycy. Za 5 dh/os mamy michę zupy z przyprawami i chleb. jemy na średnio czystym, jedynym stoliczku przykrytym ceratą. Potem jeszcze kawa i ciastko i ruszamy w stronę dworca autobusowego. Kupujemy bilety na północ, ale nie chce nam się wracać do zatłoczonej medyny. Idziemy wzdłuż murów elegancką 6-pasmówką.
Po chwili wdrapujemy się na pozostałości po jakiejś twierdzy. Mimo tego, że dookoła schną śmierdzące skóry, nie żałujemy. Że wzgórza rozciąga się piękny widok na stare miasto.
Dokładnie o 12.41 z kilkuset minaretów rozbrzmiewa wezwanie do modlitwy. Pierwszy raz słyszymy to tak wyraźnie.
Wracamy przez stary cmentarz po drodze mijając przywiązane do kamieni osły. Po południu pewnie zabiorą do miasta wyschnięte skóry.
Dopiero po powrocie do pensjonatu, kiedy wchodzimy na stronę Jearlda, dowiadujemy się, że swego czasu był topowym działaczem LGBT na Uniwersytecie w Toronto i gościem z megaciekawą historią. Żałujemy, że nasze spotkanie było takie krótkie. Obiad jemy na souku. Wreszcie coś innego niż tadżin. Ja objadam się pysznymi kotlecikami ziemniaczanymi, chlebem z oliwkami i bakłażanem. Stef zachwycony swoją bułką z mięsem.
W hotelu doceniamy nasz zakup dnia. Dzięki grzałce za 20dh ogrzewamy się herbatą i możemy zasnąć.
Lokalizacja:
Fez, Maroko
Fez
W paru starszych miastach bylam: Ateny, Marsylia, Biskupin. Ale niczego, co do tj pory widzialam, nie da sie porownac z Fezem. Medyna powstala w VIII wieku i mniej wiecej od tego czasu uklad ponad 9400 ulic i struktura zawodowa mieszkancow pozostaly niezmienione.
(Jest tez tzw. nowy Fez, zalozony w XIV wieku. Ok, jest jeszcze XX-wieczna Ville Nouvelle, ale tam nie bylismy)
Jedna z glownych atrakcji turystycznych sa tu garbarnie. Tuz nad rzeka moczy sie, farbuje i suszy codziennie setki, tysiaceskor owczych, wielbladzich i niewiadomojakich. Za pare dirchamow zaprowadzil nas tam maly chlopiec. Z tarasu jednego ze sklepow ze skorzanymi torbami rozciagal sie widok na kolorowe balie. Dostalismy peczek miety do podtykania pod nos. Od razu przypominiala mi sie ksiazka "Pachnidlo", ktora czytalam w podstawowce nie majac pojecia, ze sredniowieczy swiat przedstawiony ujrze kiedys na wlasne oczy (i nos).
Ale nie trafilibysmy tam gdyby nie miejscowy pomocnik. To wlasnie przed nimi przestrzegaja przewodniki. Jest to troche irytujace gdy wyczuwajac twoja niepewnosc zaczynaja z toba isc oczekujac zaplaty. Ale tego pierwszego dnia uratowalo nam to tylki. Nie mielismy pojecia, ze czesc bram w medynie jest zamykana na noc. Prosta droga do pensjonatu stala sie 45-minutowym spacerem przez klebowisko ulic, ktorego nie oddala zadna z trzech map, w ktore bylismy wyposazeni. Nie trafilibysmy bez pomocy chlopaka, do ktorego nie mielismy z poczatku zaufania. Moze chce nas okrasc w ktoryms z dziesiatek ciemnych zaulkow? Rashid smial sie z nas mowiac, ze nie jest z zadnej mafii i nic nam sie nie stanie.
Byl jeszcze Mohammed, podobno syn gospodarzy synagogi , ktory przez 2 godziny oprowadzal nas po starej zydowskiej dzielnicy (mellah). Slady mazel-tov w drzwiach budynkow, polaczone symbole szczescia - podkowa i "dlon Fatimy", zydowski cmentarz. Fascynujacy spacer, troche zepsulo zakonczenie, kiedy zaprowadzil nas do sklepu berberyjskiego probujac wymusic kupno torby, albo chociaz pufy. Tym razem jednak nie uleglismy.
Wieczor skonczylismy w Cafe Clock, knajpie pelnej australijskich turystow oraz miejscowych, gdzie akurat odbywal sie koncert. Swietnie bylo ogladac 60 tanczacych bawiacych sie osob bez grama alkoholu.
poniedziałek, 27 stycznia 2014
Oko na Maroko
Na przygotowanie tej wyprawy mielismy ponad miesiac. Ale zrobilismy to w tydzien. Mialam problem z wyborem ciuchow. Bo moze padac, bo moze byc zero stopni w nocy. Moze tez byc 15. A na poludniu 25. A plecak nie moze przeciez byc zbyt ciezki.
2 mapy, 2 przewodniki. 2 spiwory i karimaty. 24 dni (az? tylko?) zeby zobaczyc gory, morze i pustynie. Wodospady, rzymskie ruiny, wioski berberyjskie. No i koniecznie Casablance. Bo film byl.
Po uwaznej lekturze podstawowych informacji dla turystow oczywiscie wiemy, ze musimy byc asertywni, pewni siebie. Musimy sie targowac. Gleboko o tym przekonani wychodzimy z budynku lotniska w Fezie. I juz pojawiaja sie pierwsze watpliwosci. Autobus mial byc, ale go nie ma. Pan taksowkarz zawiezie do miasta za 30 dirhamow od osoby. (Jesli oprcz nas znajda sie jeszcze 2). Stefan naciskam zeby jechac. Jest ciemno, coraz bardziej pusto. Moze nie ma sensu klocic sie o te pare groszy. Czekamy jako jedyni turysci. Po chwili uspokaja nas kumkanie zab i... narastajacy spiew muezzinow.
Po kilkunastu minutach miejscowi, ktorzy czekali z nami, zapraszaja nas do taksowki.
Na dworcu kolejowym przesiadami sie do nastepnej. Grand Taxis - biale mercedesy sa dalekobiezne. Po centrum jezdza jedynie czerwone Dacie i Fiaty - Petit Taxis - pewnie poruszajcac sie miedzy przepisami a wlasna logika.
Dojezdzamy do hotelu. Mamy pokoj z lazienka (ciepla woda!!!), a na dole jest wifi. Wlasciciel/manager prowadzi nas na kolacje. To pewnie taki deal z restauracja - ci co przyprowadzaja klientow maja potem swoj udzial. Jemy zestaw "turystyczny standard". Stefan harire (zupa) i tadzin (mieso, warzywa, wszystko co zmiesci sie do charakterystycznego naczynia), ja wege kuskus i pyszny chleb z pasta baklazanowa. Kelner stawia przy nas piecyk gazowy. Na zewnatrz jest jakies 13 stopni. Ogrzewanie nalezy tu do rzadkosci.
Na koniec probujemy herbaty mietowej - plywa w niej mnostwo lisci, a slodzi sie ja przynajmniej 3 lyzeczkami cukru. Pychota!
Wracamy, internet jednak nie dziala. Nie mozemy zameldowac sie na fejsie, wiec piszemy tradycyjny esemes do mamy. Niecierpliwi wrazen nadchodzacych dni, idziemy spac.
2 mapy, 2 przewodniki. 2 spiwory i karimaty. 24 dni (az? tylko?) zeby zobaczyc gory, morze i pustynie. Wodospady, rzymskie ruiny, wioski berberyjskie. No i koniecznie Casablance. Bo film byl.
Po uwaznej lekturze podstawowych informacji dla turystow oczywiscie wiemy, ze musimy byc asertywni, pewni siebie. Musimy sie targowac. Gleboko o tym przekonani wychodzimy z budynku lotniska w Fezie. I juz pojawiaja sie pierwsze watpliwosci. Autobus mial byc, ale go nie ma. Pan taksowkarz zawiezie do miasta za 30 dirhamow od osoby. (Jesli oprcz nas znajda sie jeszcze 2). Stefan naciskam zeby jechac. Jest ciemno, coraz bardziej pusto. Moze nie ma sensu klocic sie o te pare groszy. Czekamy jako jedyni turysci. Po chwili uspokaja nas kumkanie zab i... narastajacy spiew muezzinow.
Po kilkunastu minutach miejscowi, ktorzy czekali z nami, zapraszaja nas do taksowki.
Na dworcu kolejowym przesiadami sie do nastepnej. Grand Taxis - biale mercedesy sa dalekobiezne. Po centrum jezdza jedynie czerwone Dacie i Fiaty - Petit Taxis - pewnie poruszajcac sie miedzy przepisami a wlasna logika.
Dojezdzamy do hotelu. Mamy pokoj z lazienka (ciepla woda!!!), a na dole jest wifi. Wlasciciel/manager prowadzi nas na kolacje. To pewnie taki deal z restauracja - ci co przyprowadzaja klientow maja potem swoj udzial. Jemy zestaw "turystyczny standard". Stefan harire (zupa) i tadzin (mieso, warzywa, wszystko co zmiesci sie do charakterystycznego naczynia), ja wege kuskus i pyszny chleb z pasta baklazanowa. Kelner stawia przy nas piecyk gazowy. Na zewnatrz jest jakies 13 stopni. Ogrzewanie nalezy tu do rzadkosci.
Na koniec probujemy herbaty mietowej - plywa w niej mnostwo lisci, a slodzi sie ja przynajmniej 3 lyzeczkami cukru. Pychota!
Wracamy, internet jednak nie dziala. Nie mozemy zameldowac sie na fejsie, wiec piszemy tradycyjny esemes do mamy. Niecierpliwi wrazen nadchodzacych dni, idziemy spac.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)