Kierowca po zmroku wyrzuca nas tuż przed Dżemaa el-Fna. To podobno największy rynek w Afryce. Akurat Stefan twierdzi, że ten w Krakowie jest większy. Podobieństw na pewno jest więcej, bo spotkamy dużą grupkę pijanych anglików na weekendzie kawalerskim.
W każdym razie, plac robi wrażenie - ludzie gromadzą się wokół muzyków, sprzedawców wszystkiego, zaklinaczy węży. Mnóstwo chaosu, zapachów, dźwięków. Stoiska z jedzeniem (niestety próbują nas orżnąć na kasę), tony pomarańczy z których wyciskają świeży sok za 4 dh.
Dookoła rozciągają się souki z ceramiką, biżuterią i oczywiście dywanami. Gdzieś pomiędzy nimi piramidy pachnących przypraw, ziół i perfum. Trudno oprzeć się zakupom, choć zdecydowanie lepiej i taniej kupować po drugiej stronie gór.
Gdyby to było pierwsze marokańskie miasto na naszej drodze, pewnie bylibyśmy zachwyceni. Jednak po 3 tygodniach medyny robią się zbyt powtarzalne, a nachalni sprzedawcy zbyt irytujący. Zwłaszcza, że pod koniec wyjazdu kasy zbyt dużo już nie ma.
Poza tym na koniec potrzeba nam trochę spokoju.
I ten spokój pojawia się dwa dni później. Trafiamy do raju położonego zaledwie 100 km dalej na wschód. Nie łatwo tam trafić na własną rękę, ostro targowaliśmy się o cenę biletów u prywatnego przewoźnika (tak, można to robić) i zrobiliśmy aferę na 10 osób bo nie chcieliśmy płacić turystycznego haraczu za bagaż (Marokańczycy czasem płacą max 5dh, od nad chcieli po 20 dh). 90 km przejechaliśmy w prawie 4 godziny, potem 2 przesiadki z Grand Taxi i w końcu lądujemy przy Ouzoud.
Ten drugi co do wielkości wodospad Afryki przyciąga przede wszystkim tutejszych turystów z bogatszej północy kraju. Dlaczego? Bo można spać pod namiotem z widokiem na wodospad, oświetlany przez pełny księżyc. Bo o 8 rano można obserwować stado berberyjskich makaków ogrzewających się przy wchodzącym nad wodą słońcu.

(Niestety takie same zwierzęta bawią turystów chodząc na smyczy po Djemaa el-Fna). Można też spacerować cały dzień po okolicznych wzgórzach spotykając głównie osiołki. Można po pysznym tadżinie oglądać z miejscowymi wyścigi wielbłądów (!) odbierając saudyjską tv w prowizorycznej kuchni na odludziu. Można siedzieć przed wodospadem i gapić się na tęczę albo po prostu słuchać szumu spadającej wody.
Na razie nie ma tam jeszcze grillujących Polaków, którzy puszczają Radio Zet z samochodu, ale miejscowi mówią, że okolica szybko się zmienia. Tuż przy rzece buduje się właśnie duży parking, populacja makaków ciągle się zmniejsza. Mam nadzieję, że ludzie którzy tam mieszkają i znają wartość tego miejsca uratują je zanim będzie za późno.
Właśnie dla takich miejsc, gdzie jeszcze jest piękna przyroda i wolne zwierzęta, warto przyjeżdżać do Maroka. Są spokojniejsze od dużych miast, mieszkają w nich ludzie, którzy widzą jeszcze w turyście człowieka. No i świetnie gotują.
Za parę lat takich miejsc może już nie być, przemysł turystyczny rozwija się tu w olbrzymim tempie, wyrósł właściwie od zera w ciągu ostatniej dekady.
Wiem, że sami się do tego przyczyniamy. Ale zawsze można podróżować bardziej etycznie, myśląc o tym, gdzie trafią nasze pieniądze.
Od razu po powrocie zaczynam je oszczędzać na następny wyjazd.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz