czwartek, 8 września 2011

Wróciliśmy!

12 dni podróżowania na różne sposoby: samolotem, promem, pociągiem, busem, metrem, autobusem miejskim, tramwajem, taksówką, rowerem i pieszo. Kilkanaście zjedzonych sałatek greckich i kupa wydanej kasy. Najbardziej chyba żałujemy, że ni cholerę nie kumamy języka. Przynajmniej po angielsku każdy Grek powie ci to samo: "Grecja to świetny kraj! Ale tylko na wakacje..."

PS. Stef kupił sobie baglamas (to taka odmiana buzuki) i właśnie ćwiczy gamę :)



Do następnego!

wtorek, 6 września 2011

Grecki outdoor

Jak wygląda kryzys po grecku z punktu widzenia nieznającego języka turysty? (Poza najbardziej rzucającymi się w oczy demonstracjami na Syntagmie i wszechobecną policją.) Przede wszystkim wysokie ceny. W ciągu ostatnich kilku miesięcy znacznie wzrosły ceny transportu publicznego, żywności i ogólnie wszystkiego. W greckiej TV żywe debaty panów w garniturach z wszechobecnym słowem Oikonomia. Na prowincji puste knajpy i ludzie pracujący po 14 godzin na dobę, siedem dni w tygodniu, żeby przeżyć zimę.
My oprócz tego zauważyliśmy specyficzny grecki outdoor: mnóstwo niewykorzystanych przestrzeni reklamowych i niezrealizowanych planów. Puste billboardy przy wylotówkach i niedokończone domy - zagospodarowane na parterach - ale z wystającymi drutami zamiast dachów. Tak, jakby budowa kolejnego piętra została odłożona na bliżej nieokreślony moment.
Są wszędzie: w Atenach, na zakintiańskiej wsi i w centrach kurortów.
Wszechobecni są także Albańczycy (uważani tu za mafię zajmującą się kradzieżami, prostytucją i handlem narkotykami). W dużych miastach stoją na większych skrzyżowaniach oferując mycie szyb.




niedziela, 4 września 2011

Αθήνα

Pociąg oczywiście się spóźnił. Na Larissa Station byliśmy przed 23:00. Metro strajkuje, a autobusem (podobno) nie ma sensu próbować dojechać do celu. Zostały taksówki. Każdy kolejny kierowca podaje wyższą cenę, aż do 20 euro za kilka kilometrów do okolic Monastiriaki. Dla nich ewidentnie jesteśmy frajerami. Udaje nam się znaleźć taxi za 10 euro, koleś wrzuca plecaki do bagażnika, którego nawet nie zamyka. Gdy sami próbujemy go zamknąć słyszymy „no worry”. Przy wysiadaniu próbuje nas jeszcze wydymać podmieniając banknoty. Stoi przy tym na środku ulicy wstrzymując ruch. Taksówkarze w tym mieście są niebywali. Podobno licencja kosztuje tu jakieś 100 tys. euro, a biznes i tak jest na maxa opłacalny.

Następnego dnia wstajemy dość późno (z naszą gospodynią nie widziałam się przez parę miesięcy, miałyśmy sporo do nadrobienia). Jest tak gorąco, że jedynym sensownym rozwiązaniem wydaje się spędzenie całego dnia w wannie z zimną wodą. Ustalamy jednak, że wychodzimy, obczaimy miasto i pojedziemy do Sounio. Po przejściu jakichś 100 metrów w stronę Syntagmy zatrzymujemy się w na frappe. Jestem zachwycona dużymi wentylatorami ze spryskiwaczami, ale trzeba wrócić na ulicę. Obczajamy wzgórze Filopappou skąd widać, jak olbrzymie jest to miasto. Końca nie widać. Mając już jako takie pojęcie o systemie komunikacji miejskiej i porąbanych taksówkarzach nie dziwię się, że jest tu tyle samochodów. Przed Olimpiadą nie było linii tramwajowej, a trasa metra była znacznie krótsza. Niepojęte! A propos, w drodze do Suonio widzieliśmy byłą wioskę olimpijską. Przy jednym z budynków olbrzymi szrot, kawałek dalej rząd granatowych, osprejowanych autobusów „Olimpic”. Nie ma pomysłu jak wykorzystać ogromne przestrzenie pod miastem. A kupa kasy na to poszła.

W końcu dojeżdżamy na miejsce. Na szczycie wzgórza świątynia Posejdona. Trafiamy na zachód słońca. Jeżeli wskaźnikiem uturystycznienia jest ilość Polaków na metr kwadratowy, to jest to dość popularne miejsce z drogim żarciem.

Po 20:00 wracamy do stolicy, okazuje się, że Syntagma jest zamknięta, co może oznaczać tylko jedno: demonstracja! Żu nam tłumaczy, że od kilku dni studenci okupują Uniwersytet (tak, okupują i nie wpuszczają do środka; mówi się na to Katalipsi), poza tym podniesiono VAT dla restauratorów z 13% do 23%. Powodów wciąż nie brakuje. Naprawdę nic nie rozumiemy po grecku, Żu tłumaczy nam jedynie podstawowy okrzyk: „Chleba, edukacji, wolności. Junta nie skończyła się w '73”. Demo jest bardzo pokojowe, ale policja (nazywana pieszczotliwie skurwysynami) wysłała specjalne oddziały szturmowe w maskach gazowych. Spychają demo sprzed parlamentu w stronę niższej części placu. W tym czasie zmiana warty pod parlamentem trwa w najlepsze. Stefan biega z aparatem, ktoś mu tłumaczy: „Greek political system is BURDELLO, BURDELLO!!!”




czwartek, 1 września 2011

Meteory pieszo

Na Zakinthos byliśmy jedynymi rowerzystami. W Meteorach jesteśmy jedynymi pieszymi turystami. Większość woli oglądać klasztory i niesamowite widoki zza szyb klimatyzowanych autobusów i samochodów. Jadąc zaszybionym pudełkiem na pewno nie zobaczylibyśmy:
1) trzech żółwi chodzących nieopodal ścieżki do St. Nikolas Anapafsas
2) człowieka idącego po linie między dwoma skałami nad trzystumetrową przepaścią!!!
3) Nowozelandczyka, który podróżuje po europie od 3 miesięcy

Na pewno nie bylibyśmy tak blisko kolejnego udaru słonecznego i nie trafilibyśmy też do restauracji Meteora w Kalambace, gdzie Stefan zjadł „swój najlepszy posiłek w Grecji”. Nie spotkalibyśmy też tylu okolicznych psów i kotów, które bardzo lubią towarzyszyć w podróży.
Co do samych klasztorów: są ładnie położone, ale w środku szału nie ma. W St. Nikolas wszędzie kamery do podglądania złych turystów, a w Great Meteoron Metamorfosis toalety lepsze niż w Esplanadzie. I minimuzeum martyrologii narodu greckiego. Mnisi zgarniają po dwa eurale za turystę, a jeśli mają ich kilkuset dziennie to mogą zrobić ładne kible.
Tu jest link do trasy.

PS. Kupiliśmy bilety na bezpośredni (!!!) pociąg do Aten. Jedziemy TRZECIĄ klasą (wtf?), a Żu już zapowiedziała, że jutro w stolicy strajkuje metro.



środa, 31 sierpnia 2011

Zakinthos – Kastraki

Pakujemy się tuż przed szóstą, po niecałych trzech godzinach snu. Stefan stwierdza, że po włożeniu trzech słoików miodu, dwóch butelek wina oraz butelki oliwy jego plecak jest dosyć ciężki. Pyta, czy chcę ponosić. Mamy 1,5 godziny, żeby dostać się do stolicy wyspy i cały dzień na podroż do oddalonego o prawie 400 km Kastraki. Nie znamy żadnych rozkładów jazdy, liczymy na farta.
Etap I - Alykes – Zakinthos. Najpierw bezskutecznie łapiemy stopa, potem wzywamy taksówkę. Kierowca najpierw uspokaja, że prom jest o 8:30, a nie o 8:00, więc na pewno zdążymy, musimy tylko najpierw kupić bilet na dworcu autobusowym. Na miejscu okazuje się, że prom jest jednak o 9:00. No ale kto mógł to przewidzieć.
Etap II - Zakinthos – Patras. Na promie szybka drzemka. Po 11 wjeżdżamy do ogromnego, zatłoczonego i chaotycznego miasta. Kierowca kończy trasę jakieś 2 km przed dworcem, więc musimy dojść. Budynek jest chyba jeszcze gorszy niż w Atenach, spędzenie tam 15 min. wydaje się zbyt trudne. Następny bus do Salonik za chwilę odjeżdża, ale nie ma już wolnych miejsc. Kolejny o 15.15... Cena? Ponad 60 euro za dwie osoby. Po chwili wahania wypłacamy kasę z bankomatu i wracamy do kolejki do kas. Okazuje się, że są ostatnie 2 bilety, chwilę później bylibyśmy skazani na ostatni autobus o 21 (nie dotarlibyśmy na miejsce). Czekamy 3,5 godziny w pobliskiej knajpie, gdzie jemy obrzydliwe spaghetti i gdzie, żeby pójść do toalety trzeba przejść na drugą stronę ruchliwej ulicy, na której nie obowiązują chyba żadne przepisy.
Etap III – Patras – Larissa. Pani w informacji mówi, że do Larrisy będziemy jechać „sześć albo pięć godzin”. Stamtąd mamy jeszcze ponad sto kilometrów. Najpierw do Trikali, potem do Kalambaki no i do małej wsi Kastraki na końcu której jest nasz pensjonat. Podobno nie ma bezpośrednich połączeń. Coraz bardziej wątpimy w to, że uda nam się dotrzeć. Na postoju w Lamii dowiadujemy się, że jest bus do Trikali, ale za 2 godziny i pani nie wie, czy stamtąd uda nam się coś złapać. Widzimy też jakąś albańską firmę autobusową, która jedzie przez Kalambakę (jedynie 3km od celu), ale na dworcu nie informują o tych połączeniach, a z kierowcą tej linii w ogóle nie jesteśmy w stanie się dogadać. Chyba mówi po albańsku. Olewamy i wsiadamy do naszego autobusu.
W tak zwanym międzyczasie wjeżdżamy w którąś z burz, które widzimy po dwóch stronach autostrady. Z każdą minutą poziom optymizmu maleje. Wysiadamy w zalanej Larissie, gdzie okazuje się, że autobusy do Trikali odjeżdżają z dworca kilka kilometrów dalej...
Etap IV – Larissa-Kastraki. Na ten etap spuszczamy zasłonę milczenia. Może kiedyś wam opowiemy.
W każdym razie szczęśliwie dojeżdżamy na miejsce, 20 minut przed ciszą nocną a na całą podróż wydajemy chyba tyle, co na samolot. Wariant dla wyjątkowo wytrwałych.

wtorek, 30 sierpnia 2011

Are you the world champion or what?

W Alykes można bez problemu wypożyczyć samochód (najwięcej jest Fiatów Panda!), skuter oraz quada. My wypożyczamy dwa rower górskie. Najpierw Stefan obiecuje, że wybierzemy krótką, lekką trasę, żeby się za bardzo nie zmęczyć. Oczywiście kończy się to na całodziennej, 40-kilometrowej wycieczce. Zainteresowanych odsyłamy do trasy na Bikemapie. Ja polecam szczególnie przekrój trasy, na którym widać, że pierwsze 10 km to wspinanie się od poziomu morza na wysokość 400 m.n.p.m (profil nie pokazuje, że było to w pełnym słońcu). Turyści skuterowo-quadowi patrzyli na nas jak na niezłych dziwaków. Ale wiemy, że to my jesteśmy po właściwej stronie mocy. Ostatecznie się o tym przekonałam, kiedy jakiś gość się przy nas zatrzymał i z wielkim zdziwieniem zapytał „Are you the world champions or what???” Nie zawsze było tak różowo. Największy kryzys przyszedł już po Navaggio, gdzie oglądaliśmy słynną plażę wraku z góry. W pełnym słońcu, o 14:00 próbując pedałować w pewnym momencie wpadłam w histerię i stwierdziłam, że nigdzie dalej nie jadę. Na szczęście pojechałam, a parę kilometrów później jedliśmy już ogromnego arbuza siedząc przy stole z lokalsami. Jeden z lepszych obiadów w życiu.
Po powrocie poszliśmy jeszcze na szybką kąpiel w morzu i na kolację w naszej ulubionej Tawernie Fantazja.
Cały dzień skończył się popijawą z właścicielem Tawerny, 80-letnim panem Denisem, o którym na pewno jeszcze napiszemy.
4 dni na Zakinthos to stanowczo za mało!


niedziela, 28 sierpnia 2011

Sposób na zarobkowanie!

Po tym, jak już znudziło mu się kopanie kanału do naszych ręczników, Stefan wyrzeźbił kolesia. Po chwili okoliczne piękności w bikini zbiegły się i zaczęły robić sobie z nim zdjęcia. Znaleźliśmy sposób na zarobkowanie. Zostajemy!

sobota, 27 sierpnia 2011

Kifisos Bus Station

Do tej pory sukces za sukcesem. Udało nam się wstać o 7, oddać klucze do sklepu z farbami (Pan punktualnie otworzył!). Udało nam się złapać taksówkę na dworzec. Kifisos wygląda jak połączenie hali targowych Ptaka z dworcem w Końskim. Kobiety sprzedają chusteczki higieniczne na paczki, pistolety na wodę, precelki, urządzenia do masażu. Po hali biega tutejszy pies, przez chwilę gonił jednego rowerzystę, który wystraszony po prostu się przewrócił na beton. Kierowcy trąbią na przemykające osobówki, które jeżdżą tu dosyć swobodnie. To naprawdę niebywałe, że udało nam się kupić bilet na Zakhintos.

piątek, 26 sierpnia 2011

Greek Salad

W końcu naganiacz przekonał nas, żebyśmy usiedli w jednej z knajpek na Place. Było warto. Tak, jakby specjalnie dla nas przygotowali przywitanie Grecji. Sałatka z fetą, pierożki ze szpinakiem i serkiem oraz gołąbki zawijane w liście winogron z niewiadomoczym w środku. Pyszne oliwki i tzatziki. Po litrze wina rozpływamy się i życie staje się piękne.

Nie spać! Śpi to się w domu!

Myśleliśmy, że jeśli pojedziemy do Warszawy pociągiem o 4:30, to będzie ciemno, pusto i cicho. W sam raz by odrobić zaległości ze spaniem. Niestety trwało to tylko do Skierniewic. Czasem naprawdę żałuję, że zlikwidowano bezpośrednie pociągi z Łodzi. Ich brak budzi niespodziewane pokłady agresji drzemiące w skierniewiczanach i w nas samych. Skoro ruszamy przed wschodem słońca, liczymy na sen. Ale pasażerowie wsiadający w połowie trasy są już rozbudzeni, więc nie widzą problemu, żeby złapać zaspaną łodziankę za nogi i krzyknąć "Nie spać! Śpi to się w domu!"
Na szczęście widoki z samolotu wynagrodziły trudy najbardziej hardkorowego odcinka podróży.


czwartek, 25 sierpnia 2011

Początek

Za parę godzin wyjdziemy z domu i ruszymy na Fabryczny. Liczymy na to, że o 4 rano będzie można podstemplować bilety. Potem Warszawa, Budapeszt, a tuż przed 16.00 Ateny. Spod lotniska rusza metro. Musimy wysiąść w centrum, udać się na któryś róg do sklepu z farbami. Stamtąd mamy odebrać klucze do mieszkania, w którym spędzimy pierwszą noc. Cała reszta jest zdecydowanie mniej zaplanowana. Ahoj!