Pociąg oczywiście się spóźnił. Na Larissa Station byliśmy przed 23:00. Metro strajkuje, a autobusem (podobno) nie ma sensu próbować dojechać do celu. Zostały taksówki. Każdy kolejny kierowca podaje wyższą cenę, aż do 20 euro za kilka kilometrów do okolic Monastiriaki. Dla nich ewidentnie jesteśmy frajerami. Udaje nam się znaleźć taxi za 10 euro, koleś wrzuca plecaki do bagażnika, którego nawet nie zamyka. Gdy sami próbujemy go zamknąć słyszymy „no worry”. Przy wysiadaniu próbuje nas jeszcze wydymać podmieniając banknoty. Stoi przy tym na środku ulicy wstrzymując ruch. Taksówkarze w tym mieście są niebywali. Podobno licencja kosztuje tu jakieś 100 tys. euro, a biznes i tak jest na maxa opłacalny.
Następnego dnia wstajemy dość późno (z naszą gospodynią nie widziałam się przez parę miesięcy, miałyśmy sporo do nadrobienia). Jest tak gorąco, że jedynym sensownym rozwiązaniem wydaje się spędzenie całego dnia w wannie z zimną wodą. Ustalamy jednak, że wychodzimy, obczaimy miasto i pojedziemy do Sounio. Po przejściu jakichś 100 metrów w stronę Syntagmy zatrzymujemy się w na frappe. Jestem zachwycona dużymi wentylatorami ze spryskiwaczami, ale trzeba wrócić na ulicę. Obczajamy wzgórze Filopappou skąd widać, jak olbrzymie jest to miasto. Końca nie widać. Mając już jako takie pojęcie o systemie komunikacji miejskiej i porąbanych taksówkarzach nie dziwię się, że jest tu tyle samochodów. Przed Olimpiadą nie było linii tramwajowej, a trasa metra była znacznie krótsza. Niepojęte! A propos, w drodze do Suonio widzieliśmy byłą wioskę olimpijską. Przy jednym z budynków olbrzymi szrot, kawałek dalej rząd granatowych, osprejowanych autobusów „Olimpic”. Nie ma pomysłu jak wykorzystać ogromne przestrzenie pod miastem. A kupa kasy na to poszła.
W końcu dojeżdżamy na miejsce. Na szczycie wzgórza świątynia Posejdona. Trafiamy na zachód słońca. Jeżeli wskaźnikiem uturystycznienia jest ilość Polaków na metr kwadratowy, to jest to dość popularne miejsce z drogim żarciem.
Po 20:00 wracamy do stolicy, okazuje się, że Syntagma jest zamknięta, co może oznaczać tylko jedno: demonstracja! Żu nam tłumaczy, że od kilku dni studenci okupują Uniwersytet (tak, okupują i nie wpuszczają do środka; mówi się na to Katalipsi), poza tym podniesiono VAT dla restauratorów z 13% do 23%. Powodów wciąż nie brakuje. Naprawdę nic nie rozumiemy po grecku, Żu tłumaczy nam jedynie podstawowy okrzyk: „Chleba, edukacji, wolności. Junta nie skończyła się w '73”. Demo jest bardzo pokojowe, ale policja (nazywana pieszczotliwie skurwysynami) wysłała specjalne oddziały szturmowe w maskach gazowych. Spychają demo sprzed parlamentu w stronę niższej części placu. W tym czasie zmiana warty pod parlamentem trwa w najlepsze. Stefan biega z aparatem, ktoś mu tłumaczy: „Greek political system is BURDELLO, BURDELLO!!!”



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz