środa, 31 sierpnia 2011

Zakinthos – Kastraki

Pakujemy się tuż przed szóstą, po niecałych trzech godzinach snu. Stefan stwierdza, że po włożeniu trzech słoików miodu, dwóch butelek wina oraz butelki oliwy jego plecak jest dosyć ciężki. Pyta, czy chcę ponosić. Mamy 1,5 godziny, żeby dostać się do stolicy wyspy i cały dzień na podroż do oddalonego o prawie 400 km Kastraki. Nie znamy żadnych rozkładów jazdy, liczymy na farta.
Etap I - Alykes – Zakinthos. Najpierw bezskutecznie łapiemy stopa, potem wzywamy taksówkę. Kierowca najpierw uspokaja, że prom jest o 8:30, a nie o 8:00, więc na pewno zdążymy, musimy tylko najpierw kupić bilet na dworcu autobusowym. Na miejscu okazuje się, że prom jest jednak o 9:00. No ale kto mógł to przewidzieć.
Etap II - Zakinthos – Patras. Na promie szybka drzemka. Po 11 wjeżdżamy do ogromnego, zatłoczonego i chaotycznego miasta. Kierowca kończy trasę jakieś 2 km przed dworcem, więc musimy dojść. Budynek jest chyba jeszcze gorszy niż w Atenach, spędzenie tam 15 min. wydaje się zbyt trudne. Następny bus do Salonik za chwilę odjeżdża, ale nie ma już wolnych miejsc. Kolejny o 15.15... Cena? Ponad 60 euro za dwie osoby. Po chwili wahania wypłacamy kasę z bankomatu i wracamy do kolejki do kas. Okazuje się, że są ostatnie 2 bilety, chwilę później bylibyśmy skazani na ostatni autobus o 21 (nie dotarlibyśmy na miejsce). Czekamy 3,5 godziny w pobliskiej knajpie, gdzie jemy obrzydliwe spaghetti i gdzie, żeby pójść do toalety trzeba przejść na drugą stronę ruchliwej ulicy, na której nie obowiązują chyba żadne przepisy.
Etap III – Patras – Larissa. Pani w informacji mówi, że do Larrisy będziemy jechać „sześć albo pięć godzin”. Stamtąd mamy jeszcze ponad sto kilometrów. Najpierw do Trikali, potem do Kalambaki no i do małej wsi Kastraki na końcu której jest nasz pensjonat. Podobno nie ma bezpośrednich połączeń. Coraz bardziej wątpimy w to, że uda nam się dotrzeć. Na postoju w Lamii dowiadujemy się, że jest bus do Trikali, ale za 2 godziny i pani nie wie, czy stamtąd uda nam się coś złapać. Widzimy też jakąś albańską firmę autobusową, która jedzie przez Kalambakę (jedynie 3km od celu), ale na dworcu nie informują o tych połączeniach, a z kierowcą tej linii w ogóle nie jesteśmy w stanie się dogadać. Chyba mówi po albańsku. Olewamy i wsiadamy do naszego autobusu.
W tak zwanym międzyczasie wjeżdżamy w którąś z burz, które widzimy po dwóch stronach autostrady. Z każdą minutą poziom optymizmu maleje. Wysiadamy w zalanej Larissie, gdzie okazuje się, że autobusy do Trikali odjeżdżają z dworca kilka kilometrów dalej...
Etap IV – Larissa-Kastraki. Na ten etap spuszczamy zasłonę milczenia. Może kiedyś wam opowiemy.
W każdym razie szczęśliwie dojeżdżamy na miejsce, 20 minut przed ciszą nocną a na całą podróż wydajemy chyba tyle, co na samolot. Wariant dla wyjątkowo wytrwałych.

wtorek, 30 sierpnia 2011

Are you the world champion or what?

W Alykes można bez problemu wypożyczyć samochód (najwięcej jest Fiatów Panda!), skuter oraz quada. My wypożyczamy dwa rower górskie. Najpierw Stefan obiecuje, że wybierzemy krótką, lekką trasę, żeby się za bardzo nie zmęczyć. Oczywiście kończy się to na całodziennej, 40-kilometrowej wycieczce. Zainteresowanych odsyłamy do trasy na Bikemapie. Ja polecam szczególnie przekrój trasy, na którym widać, że pierwsze 10 km to wspinanie się od poziomu morza na wysokość 400 m.n.p.m (profil nie pokazuje, że było to w pełnym słońcu). Turyści skuterowo-quadowi patrzyli na nas jak na niezłych dziwaków. Ale wiemy, że to my jesteśmy po właściwej stronie mocy. Ostatecznie się o tym przekonałam, kiedy jakiś gość się przy nas zatrzymał i z wielkim zdziwieniem zapytał „Are you the world champions or what???” Nie zawsze było tak różowo. Największy kryzys przyszedł już po Navaggio, gdzie oglądaliśmy słynną plażę wraku z góry. W pełnym słońcu, o 14:00 próbując pedałować w pewnym momencie wpadłam w histerię i stwierdziłam, że nigdzie dalej nie jadę. Na szczęście pojechałam, a parę kilometrów później jedliśmy już ogromnego arbuza siedząc przy stole z lokalsami. Jeden z lepszych obiadów w życiu.
Po powrocie poszliśmy jeszcze na szybką kąpiel w morzu i na kolację w naszej ulubionej Tawernie Fantazja.
Cały dzień skończył się popijawą z właścicielem Tawerny, 80-letnim panem Denisem, o którym na pewno jeszcze napiszemy.
4 dni na Zakinthos to stanowczo za mało!


niedziela, 28 sierpnia 2011

Sposób na zarobkowanie!

Po tym, jak już znudziło mu się kopanie kanału do naszych ręczników, Stefan wyrzeźbił kolesia. Po chwili okoliczne piękności w bikini zbiegły się i zaczęły robić sobie z nim zdjęcia. Znaleźliśmy sposób na zarobkowanie. Zostajemy!

sobota, 27 sierpnia 2011

Kifisos Bus Station

Do tej pory sukces za sukcesem. Udało nam się wstać o 7, oddać klucze do sklepu z farbami (Pan punktualnie otworzył!). Udało nam się złapać taksówkę na dworzec. Kifisos wygląda jak połączenie hali targowych Ptaka z dworcem w Końskim. Kobiety sprzedają chusteczki higieniczne na paczki, pistolety na wodę, precelki, urządzenia do masażu. Po hali biega tutejszy pies, przez chwilę gonił jednego rowerzystę, który wystraszony po prostu się przewrócił na beton. Kierowcy trąbią na przemykające osobówki, które jeżdżą tu dosyć swobodnie. To naprawdę niebywałe, że udało nam się kupić bilet na Zakhintos.

piątek, 26 sierpnia 2011

Greek Salad

W końcu naganiacz przekonał nas, żebyśmy usiedli w jednej z knajpek na Place. Było warto. Tak, jakby specjalnie dla nas przygotowali przywitanie Grecji. Sałatka z fetą, pierożki ze szpinakiem i serkiem oraz gołąbki zawijane w liście winogron z niewiadomoczym w środku. Pyszne oliwki i tzatziki. Po litrze wina rozpływamy się i życie staje się piękne.

Nie spać! Śpi to się w domu!

Myśleliśmy, że jeśli pojedziemy do Warszawy pociągiem o 4:30, to będzie ciemno, pusto i cicho. W sam raz by odrobić zaległości ze spaniem. Niestety trwało to tylko do Skierniewic. Czasem naprawdę żałuję, że zlikwidowano bezpośrednie pociągi z Łodzi. Ich brak budzi niespodziewane pokłady agresji drzemiące w skierniewiczanach i w nas samych. Skoro ruszamy przed wschodem słońca, liczymy na sen. Ale pasażerowie wsiadający w połowie trasy są już rozbudzeni, więc nie widzą problemu, żeby złapać zaspaną łodziankę za nogi i krzyknąć "Nie spać! Śpi to się w domu!"
Na szczęście widoki z samolotu wynagrodziły trudy najbardziej hardkorowego odcinka podróży.


czwartek, 25 sierpnia 2011

Początek

Za parę godzin wyjdziemy z domu i ruszymy na Fabryczny. Liczymy na to, że o 4 rano będzie można podstemplować bilety. Potem Warszawa, Budapeszt, a tuż przed 16.00 Ateny. Spod lotniska rusza metro. Musimy wysiąść w centrum, udać się na któryś róg do sklepu z farbami. Stamtąd mamy odebrać klucze do mieszkania, w którym spędzimy pierwszą noc. Cała reszta jest zdecydowanie mniej zaplanowana. Ahoj!