Pakujemy się tuż przed szóstą, po niecałych trzech godzinach snu. Stefan stwierdza, że po włożeniu trzech słoików miodu, dwóch butelek wina oraz butelki oliwy jego plecak jest dosyć ciężki. Pyta, czy chcę ponosić. Mamy 1,5 godziny, żeby dostać się do stolicy wyspy i cały dzień na podroż do oddalonego o prawie 400 km Kastraki. Nie znamy żadnych rozkładów jazdy, liczymy na farta.
Etap I - Alykes – Zakinthos. Najpierw bezskutecznie łapiemy stopa, potem wzywamy taksówkę. Kierowca najpierw uspokaja, że prom jest o 8:30, a nie o 8:00, więc na pewno zdążymy, musimy tylko najpierw kupić bilet na dworcu autobusowym. Na miejscu okazuje się, że prom jest jednak o 9:00. No ale kto mógł to przewidzieć.
Etap II - Zakinthos – Patras. Na promie szybka drzemka. Po 11 wjeżdżamy do ogromnego, zatłoczonego i chaotycznego miasta. Kierowca kończy trasę jakieś 2 km przed dworcem, więc musimy dojść. Budynek jest chyba jeszcze gorszy niż w Atenach, spędzenie tam 15 min. wydaje się zbyt trudne. Następny bus do Salonik za chwilę odjeżdża, ale nie ma już wolnych miejsc. Kolejny o 15.15... Cena? Ponad 60 euro za dwie osoby. Po chwili wahania wypłacamy kasę z bankomatu i wracamy do kolejki do kas. Okazuje się, że są ostatnie 2 bilety, chwilę później bylibyśmy skazani na ostatni autobus o 21 (nie dotarlibyśmy na miejsce). Czekamy 3,5 godziny w pobliskiej knajpie, gdzie jemy obrzydliwe spaghetti i gdzie, żeby pójść do toalety trzeba przejść na drugą stronę ruchliwej ulicy, na której nie obowiązują chyba żadne przepisy.
Etap III – Patras – Larissa. Pani w informacji mówi, że do Larrisy będziemy jechać „sześć albo pięć godzin”. Stamtąd mamy jeszcze ponad sto kilometrów. Najpierw do Trikali, potem do Kalambaki no i do małej wsi Kastraki na końcu której jest nasz pensjonat. Podobno nie ma bezpośrednich połączeń. Coraz bardziej wątpimy w to, że uda nam się dotrzeć. Na postoju w Lamii dowiadujemy się, że jest bus do Trikali, ale za 2 godziny i pani nie wie, czy stamtąd uda nam się coś złapać. Widzimy też jakąś albańską firmę autobusową, która jedzie przez Kalambakę (jedynie 3km od celu), ale na dworcu nie informują o tych połączeniach, a z kierowcą tej linii w ogóle nie jesteśmy w stanie się dogadać. Chyba mówi po albańsku. Olewamy i wsiadamy do naszego autobusu.
W tak zwanym międzyczasie wjeżdżamy w którąś z burz, które widzimy po dwóch stronach autostrady. Z każdą minutą poziom optymizmu maleje. Wysiadamy w zalanej Larissie, gdzie okazuje się, że autobusy do Trikali odjeżdżają z dworca kilka kilometrów dalej...
Etap IV – Larissa-Kastraki. Na ten etap spuszczamy zasłonę milczenia. Może kiedyś wam opowiemy.
W każdym razie szczęśliwie dojeżdżamy na miejsce, 20 minut przed ciszą nocną a na całą podróż wydajemy chyba tyle, co na samolot. Wariant dla wyjątkowo wytrwałych.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz