Okazało się, że w Ouarzazate raczej nie ma nic ciekawego. Te same dywany i tadżiny, co wszędzie. Stosunkowo młode miasto głodne turystów, którzy traktują je jako bazę wypadową na Saharę.
No i nieopodal znajduje się Ait Benhaidu, najlepiej zachowana kazba w całym Maroku, znana z pocztówek.
Niestety nie udaje nam się do niej dotrzeć, nie chcemy przepłacać za transport.
Zastanawiamy się, co dalej, kiedy zaczepia nas facet proponując zorganizowaną wycieczkę. Cena jest dobra, więc nie zastanawiając się długo ruszamy międzynarodową ekipą na wschód. Wycieczka ma wszystkie wady wycieczki: ściśle wyznaczone miejsca posiłków, zakupów i robienia zdjęć oraz zabójcze tempo. Ale nie da się ukryć, że inaczej byśmy w te miejsca po prostu nie dotarli. Transport zbiorowy jest w ten części kraju mocno ograniczony.
No więc ekspresowo pokonujemy dolinę kazb (dużo podobnych kazb, dużo palm) i kierujemy się w stronę wąwozów wzdłuż rzek Dades i Todra. Tu po raz pierwszy widzimy w nich wodę, do tej pory przejeżdżaliśmy przez wyschnięte koryta przykryte kilogramami śmieci.
Wzdłuż najbardziej żyznych terenów Maroka buduje się mnóstwo domów, podobno większość należy do zagranicznych turystów. Miejscowi emigrują na północ w poszukiwaniu pracy.
Z rolnictwa trudno wyżyć, a kiedy kilka lat temu zniknęły stąd pszczoły, ludzie muszą sami rozmnażać drzewa palmowe.
Ale my widzimy to przede wszystkim z okien busa, który mknie coraz dalej na wschód. Żyzne doliny zamieniają się w coraz większe pustkowie. W końcu docieramy do położonej już całkiem blisko Algierii Merzougi. Tu zaczynają się diuny, wielbłądy i zachody słońca.
Jest oczywiście słodko, pięknie, ale zdecydowanie zbyt zorganizowanie. Brakuje nam czasu na bezcelowe gapienie się w przestrzeń.
Bardzo chciałam zobaczyć pustynię, ale trochę się rozczarowałam, kiedy okazało się że jedynymi formami organicznymi na piasku są kupy wielbłądów. W dużych ilościach. Żadnych skorpionów, fenków i pająków. Słowem, można sobie odpuścić.
No i nieopodal znajduje się Ait Benhaidu, najlepiej zachowana kazba w całym Maroku, znana z pocztówek.
Niestety nie udaje nam się do niej dotrzeć, nie chcemy przepłacać za transport.
Zastanawiamy się, co dalej, kiedy zaczepia nas facet proponując zorganizowaną wycieczkę. Cena jest dobra, więc nie zastanawiając się długo ruszamy międzynarodową ekipą na wschód. Wycieczka ma wszystkie wady wycieczki: ściśle wyznaczone miejsca posiłków, zakupów i robienia zdjęć oraz zabójcze tempo. Ale nie da się ukryć, że inaczej byśmy w te miejsca po prostu nie dotarli. Transport zbiorowy jest w ten części kraju mocno ograniczony.
No więc ekspresowo pokonujemy dolinę kazb (dużo podobnych kazb, dużo palm) i kierujemy się w stronę wąwozów wzdłuż rzek Dades i Todra. Tu po raz pierwszy widzimy w nich wodę, do tej pory przejeżdżaliśmy przez wyschnięte koryta przykryte kilogramami śmieci.
Wzdłuż najbardziej żyznych terenów Maroka buduje się mnóstwo domów, podobno większość należy do zagranicznych turystów. Miejscowi emigrują na północ w poszukiwaniu pracy.
Z rolnictwa trudno wyżyć, a kiedy kilka lat temu zniknęły stąd pszczoły, ludzie muszą sami rozmnażać drzewa palmowe.
Ale my widzimy to przede wszystkim z okien busa, który mknie coraz dalej na wschód. Żyzne doliny zamieniają się w coraz większe pustkowie. W końcu docieramy do położonej już całkiem blisko Algierii Merzougi. Tu zaczynają się diuny, wielbłądy i zachody słońca.
Jest oczywiście słodko, pięknie, ale zdecydowanie zbyt zorganizowanie. Brakuje nam czasu na bezcelowe gapienie się w przestrzeń.
Bardzo chciałam zobaczyć pustynię, ale trochę się rozczarowałam, kiedy okazało się że jedynymi formami organicznymi na piasku są kupy wielbłądów. W dużych ilościach. Żadnych skorpionów, fenków i pająków. Słowem, można sobie odpuścić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz