poniedziałek, 10 lutego 2014

Tafraout

Do tej położonej w Antyatlasie miejscowości dojeżdżamy po zmroku. We mgle, w autokarze ze stłuczoną szybą powoli wdrapujemy się na wysoką przełęcz.
Barierki na krawędzi drogi o szerokości właśnie naszego pojazdu? Trzeba przyznać, że czasem się zdarzają.
Dopiero rano, wchodząc na taras pensjonatu podziwiam efekt naszej 4-godzinnej jazdy pod górę. Długie pasmo rudych gór, wzgórza porośnięte drzewami arganowymi.

Dolina przyciąga przede wszystkim wspinaczy, na szczęście jest dużo wypożyczalni rowerów.
Tym razem bierzemy porządne, górskie maszyny. Udało nam się nawet wytargować special price!
Pełni entuzjazmu jedziemy do Doliny Ameln, w której mieści się przynajmniej kilkanaście wiosek z berberskimi kazbami.
  W jednej z nich jest podobno cmentarz żydowski, w innej piękny gaj palmowy. Ale tak naprawdę zwiedzamy tylko pierwszą. Bo zima w Antyatlasie jest sroga. 25 stopni w cieniu, ciągle podjazdy i szybko kończąca się woda skutecznie zniechęcają do szukania dojazdów, dróżek, ścieżynek do każdej z nich. Zresztą z daleka też wyglądają ładnie.
Po powrocie na asfalt okazuje się, że wcale nie jest lepiej. Podjazdy, zakręty, pagórki, pełne słońce...


  W sumie nagnietliśmy ponad 50 km (ale jakich!), z czego ostatnie 8 zjazdu do Tafraout było najlepszą nagrodą za spróbowanie sił w kolarstwie górskim.
Następnego dnia trasa jest zdecydowanie bardziej lajtowa.
Podziwiamy granitowe skałki (niektóre niebieskie lub różowe), szukamy wiewiórek oraz prehistorycznego rysunku gazeli.


Co do tego ostatniego, poddajemy się dopiero po kilku godzinach.
Jednak chyba najmilszym aspektem pobytu tutaj jest znajomość z naszą gospodynią, Najmą. To bardzo ciepła i pomocna osoba. No i pierwsza kobieta, z którą robimy interesy w tym kraju. Sama prowadzi pensjonat, masuje i gotuje. Jej młodszy brat wypożycza rowery, a matka robi olej i kosmetyki z arganu.
A na zakończenie dostałam bardzo fajną hennę!
Innymi słowy, jeśli zima to tylko w Tafraout.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz