piątek, 14 lutego 2014

Patrzymy na Atlas Wysoki

Żeby dojechać do Taroudant, trzeba było cofnąć się do naszego ulubionego Agadiru. Z Tafraout w tamtą stronę ponoć nie jeżdżą nawet ciężarówki.
Na stacji przesiadkowej Inezzgane po raz pierwszy rezygnujemy z wygodnego, państwowego przewoźnika CTM by poddać się wolnemu i szalonemu rynkowi prywatnych usług. Panowie na dworcu sprzedają bilety w niepojętych dla mnie cenach wykrzykując nazwy docelowych miejscowości. Ale mamy szczęście, jedziemy za 20 dh płacąc jedynie niewielką łapówkę turystyczną za bagaż.
Kilka godzin później jesteśmy już w Taroudancie, który mieści się dokładnie między Antyatlasem a Atlasem Wysokim. Podoba nam się to miasto. Pełne życia i rowerzystów (poruszanie się wąskimi ulicami między straganami, rowerami, skuterami, taksówkami i dorożkami to sztuka), a przy tym luźne i niezbyt turystyczne.
Śpimy w "hotelu" przy głównym placu, z "tarasu" oglądamy berberski teatr.

W pokoju obok śpi marokański emigrant, który na emeryturę (szwedzką) wrócił z północy. Tłumaczy nam zawiłości dusz marokańskich kobiet. Wie co mówi, jest po trzech rozwodach.
Rano dobijamy targu z właścicielem warsztatu i wypożyczamy typowo miejskie rowery drugiej młodości. Przymierzamy się do Tiout, ale nie wiemy dokładnie jak to daleko i nie mamy dobrej mapy.
Z miasta wyjeżdżamy pasem rowerowym (!), często wyprzedzając różne dziwne pojazdy. Już na spokojniejszej drodze lokalnej widok zapiera dech w piersiach. Panorama ośnieżonych szczytów Atlasu, a na pierwszym planie: drzewa pomarańczowe lub kozy lub osiołki lub pasące się stada dromaderów lub wszystko na raz. I w ogóle nie jest pod górę!

W ten sposób bez większych problemów dojeżdżamy do Tiout, schowanej u podnóża Antyatlasu wioski z piękną kazbą, gajem palmowym i polami bobu.
Oprowadza nas samozwańczy przewodnik, starszy pan mówiący do nas jednocześnie po angielsku, francusku i niemiecku. I zrywa dla nas mandarynki!
W dobrych nastrojach wracamy przybijając piątki wielbłądom.
Trochę nie chce nam się stąd wyjeżdżać, ale wschód też ciągnie. Zahaczając o Taliouine (jedyne miejsce w kraju gdzie robi się prawdziwy szafran) przesiadamy się na Grand Taxi.
Grand Taxi to taka dalekobieżna taksówka, w której płaci się za miejsce, a nie za kurs. W niektórych regionach to właściwie jedyny środek transportu.
Z tych powodów w starych mercedesach (czasem peugeotach) jedzie się w siódemkę. Inaczej się nie opłaca.
No więc przejeżdżamy w siódemkę przez parę przełęczy, uchodzimy z życiem i po niemal 300 kilometrach lądujemy w Ouarzazate.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz