Był tu Jimi Hendrix i Cat Stevens. Essaouira - ten spokojny kurort przyciąga mnóstwo europejskich hipster-hipisów. Snują się między cichymi kafejkami i art-galeriami schowanymi w zakątkach medyny.
Na ciągnącej się wzdłuż i wszerz plaży można spotkać też surferów. Na co dzień dzieciaki rysują na piasku boiska piłkarskie i okupują je tak, że dla turystów pozostaje niewiele miejsca.
Wbrew leniwemu klimatowi wstajemy rano i szukamy wypożyczalni rowerów. Po godzinie (jest dopiero 9, wszyscy śpią) znajdujemy miejscówkę, w której wszystkie maszyny mają zardzewiałe łańcuchy.
Trudno, damy radę.
Naszym celem jest Sidi Kifni oddalone o 27 kilometrów. Naśladując miejscowych wjeżdżamy rowerami na plażę. Nie zastanawiając się długo decydujemy się na pokonanie całego odcinka właśnie w ten sposób.
Piasek jest mokry, plaża szeroka, szybko się jedzie. Ocean szumi, mijamy odpoczywające wielbłądy, potem krowy (?!), rybaków... Słońce świeci, cudownie jedzie się rowerem po plaży, przez wydmy, przez rzekę... Czego chcieć więcej?
Stef łapie w końcu gumę, ale to przecież nie jest problem. Ktoś nam dopompował, po miękkiej nawierzchni można jechać.
Pół godziny później blokuje mu się łańcuch, by ostatecznie pęknąć. Jednak nie możemy jechać dalej. A byliśmy jedynie kilka kilometrów od Sidi Kifni.
Rozpoczynamy żmudny, 4-godzinny powrót. Na dodatek okazuje się, że ja też nie mogę jechać, bo przypływ, bo piasek już zbyt suchy. Do drogi zbyt daleko. Ktoś mógłby pomyśleć, że jesteśmy w ciężkiej dupie, ale pełen przygód spacer po coraz węższej plaży bardzo nam się podoba.
Trochę kłóciliśmy się potem z właścicielem rowerów, trochę za bardzo przypiekło nas słonko. Ale to nie szkodzi.
W Essaouirze w sumie trudno się zdenerwować.
Na ciągnącej się wzdłuż i wszerz plaży można spotkać też surferów. Na co dzień dzieciaki rysują na piasku boiska piłkarskie i okupują je tak, że dla turystów pozostaje niewiele miejsca.
Wbrew leniwemu klimatowi wstajemy rano i szukamy wypożyczalni rowerów. Po godzinie (jest dopiero 9, wszyscy śpią) znajdujemy miejscówkę, w której wszystkie maszyny mają zardzewiałe łańcuchy.
Trudno, damy radę.
Naszym celem jest Sidi Kifni oddalone o 27 kilometrów. Naśladując miejscowych wjeżdżamy rowerami na plażę. Nie zastanawiając się długo decydujemy się na pokonanie całego odcinka właśnie w ten sposób.
Piasek jest mokry, plaża szeroka, szybko się jedzie. Ocean szumi, mijamy odpoczywające wielbłądy, potem krowy (?!), rybaków... Słońce świeci, cudownie jedzie się rowerem po plaży, przez wydmy, przez rzekę... Czego chcieć więcej?
Stef łapie w końcu gumę, ale to przecież nie jest problem. Ktoś nam dopompował, po miękkiej nawierzchni można jechać.
Pół godziny później blokuje mu się łańcuch, by ostatecznie pęknąć. Jednak nie możemy jechać dalej. A byliśmy jedynie kilka kilometrów od Sidi Kifni.
Rozpoczynamy żmudny, 4-godzinny powrót. Na dodatek okazuje się, że ja też nie mogę jechać, bo przypływ, bo piasek już zbyt suchy. Do drogi zbyt daleko. Ktoś mógłby pomyśleć, że jesteśmy w ciężkiej dupie, ale pełen przygód spacer po coraz węższej plaży bardzo nam się podoba.
Trochę kłóciliśmy się potem z właścicielem rowerów, trochę za bardzo przypiekło nas słonko. Ale to nie szkodzi.
W Essaouirze w sumie trudno się zdenerwować.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz