Po podliczeniu, ile wydaliśmy kasy dzień wcześniej stwierdzamy, że dziś chodzimy mniej utartymi szlakami.
Jemy śniadanie z policjantami w mikroknajpce. Właściciel ma w ofercie wielki gar zupy z cziecierzycy. Za 5 dh/os mamy michę zupy z przyprawami i chleb. jemy na średnio czystym, jedynym stoliczku przykrytym ceratą. Potem jeszcze kawa i ciastko i ruszamy w stronę dworca autobusowego. Kupujemy bilety na północ, ale nie chce nam się wracać do zatłoczonej medyny. Idziemy wzdłuż murów elegancką 6-pasmówką.
Po chwili wdrapujemy się na pozostałości po jakiejś twierdzy. Mimo tego, że dookoła schną śmierdzące skóry, nie żałujemy. Że wzgórza rozciąga się piękny widok na stare miasto.
Dokładnie o 12.41 z kilkuset minaretów rozbrzmiewa wezwanie do modlitwy. Pierwszy raz słyszymy to tak wyraźnie.
Wracamy przez stary cmentarz po drodze mijając przywiązane do kamieni osły. Po południu pewnie zabiorą do miasta wyschnięte skóry.
Wchodzimy do dzielnicy andaluzyjskiej - to też część medyny, ale mniej turystyczna. W okolicach souku (targu) zaczynamy podążać za znakami do galerii Dar Balmira. Krążymy po coraz węższych i bardziej krętych uliczkach. Już mamy się poddać, gdy trafiamy przed drzwi z informacją napisaną bezbłędną angielszczyzną. Otwiera nam Jearld, urodzony w Stanach Kanadyjczyk. Kupił sobie ten piękny dom na zadupiu feskiej medyny za równowartość, jak sam mówi, 1/3 garażu w Kanadzie. Odnowił go, a na dachu urządził ptaszarnię. Hoduje papugi i tutejsze rośliny, opiekuje się sokołami, robi świetne zdjęcia jeżdżąc swoim skuterem po całym kraju. No i ma kota.
Jemy śniadanie z policjantami w mikroknajpce. Właściciel ma w ofercie wielki gar zupy z cziecierzycy. Za 5 dh/os mamy michę zupy z przyprawami i chleb. jemy na średnio czystym, jedynym stoliczku przykrytym ceratą. Potem jeszcze kawa i ciastko i ruszamy w stronę dworca autobusowego. Kupujemy bilety na północ, ale nie chce nam się wracać do zatłoczonej medyny. Idziemy wzdłuż murów elegancką 6-pasmówką.
Po chwili wdrapujemy się na pozostałości po jakiejś twierdzy. Mimo tego, że dookoła schną śmierdzące skóry, nie żałujemy. Że wzgórza rozciąga się piękny widok na stare miasto.
Dokładnie o 12.41 z kilkuset minaretów rozbrzmiewa wezwanie do modlitwy. Pierwszy raz słyszymy to tak wyraźnie.
Wracamy przez stary cmentarz po drodze mijając przywiązane do kamieni osły. Po południu pewnie zabiorą do miasta wyschnięte skóry.
Dopiero po powrocie do pensjonatu, kiedy wchodzimy na stronę Jearlda, dowiadujemy się, że swego czasu był topowym działaczem LGBT na Uniwersytecie w Toronto i gościem z megaciekawą historią. Żałujemy, że nasze spotkanie było takie krótkie. Obiad jemy na souku. Wreszcie coś innego niż tadżin. Ja objadam się pysznymi kotlecikami ziemniaczanymi, chlebem z oliwkami i bakłażanem. Stef zachwycony swoją bułką z mięsem.
W hotelu doceniamy nasz zakup dnia. Dzięki grzałce za 20dh ogrzewamy się herbatą i możemy zasnąć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz