W paru starszych miastach bylam: Ateny, Marsylia, Biskupin. Ale niczego, co do tj pory widzialam, nie da sie porownac z Fezem. Medyna powstala w VIII wieku i mniej wiecej od tego czasu uklad ponad 9400 ulic i struktura zawodowa mieszkancow pozostaly niezmienione.
(Jest tez tzw. nowy Fez, zalozony w XIV wieku. Ok, jest jeszcze XX-wieczna Ville Nouvelle, ale tam nie bylismy)
Jedna z glownych atrakcji turystycznych sa tu garbarnie. Tuz nad rzeka moczy sie, farbuje i suszy codziennie setki, tysiaceskor owczych, wielbladzich i niewiadomojakich. Za pare dirchamow zaprowadzil nas tam maly chlopiec. Z tarasu jednego ze sklepow ze skorzanymi torbami rozciagal sie widok na kolorowe balie. Dostalismy peczek miety do podtykania pod nos. Od razu przypominiala mi sie ksiazka "Pachnidlo", ktora czytalam w podstawowce nie majac pojecia, ze sredniowieczy swiat przedstawiony ujrze kiedys na wlasne oczy (i nos).
Ale nie trafilibysmy tam gdyby nie miejscowy pomocnik. To wlasnie przed nimi przestrzegaja przewodniki. Jest to troche irytujace gdy wyczuwajac twoja niepewnosc zaczynaja z toba isc oczekujac zaplaty. Ale tego pierwszego dnia uratowalo nam to tylki. Nie mielismy pojecia, ze czesc bram w medynie jest zamykana na noc. Prosta droga do pensjonatu stala sie 45-minutowym spacerem przez klebowisko ulic, ktorego nie oddala zadna z trzech map, w ktore bylismy wyposazeni. Nie trafilibysmy bez pomocy chlopaka, do ktorego nie mielismy z poczatku zaufania. Moze chce nas okrasc w ktoryms z dziesiatek ciemnych zaulkow? Rashid smial sie z nas mowiac, ze nie jest z zadnej mafii i nic nam sie nie stanie.
Byl jeszcze Mohammed, podobno syn gospodarzy synagogi , ktory przez 2 godziny oprowadzal nas po starej zydowskiej dzielnicy (mellah). Slady mazel-tov w drzwiach budynkow, polaczone symbole szczescia - podkowa i "dlon Fatimy", zydowski cmentarz. Fascynujacy spacer, troche zepsulo zakonczenie, kiedy zaprowadzil nas do sklepu berberyjskiego probujac wymusic kupno torby, albo chociaz pufy. Tym razem jednak nie uleglismy.
Wieczor skonczylismy w Cafe Clock, knajpie pelnej australijskich turystow oraz miejscowych, gdzie akurat odbywal sie koncert. Swietnie bylo ogladac 60 tanczacych bawiacych sie osob bez grama alkoholu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz